Właśnie byłem w kinie

Książka, kino, teatr, muzyka, telewizja...
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231033Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 III.

26 VII


Indie Zachodnie
reż. Med. Hondo

W 1979 mauretański reżyser Med. Hondo, uzyskawszy finansowanie z Algierii i innych państw Afryki (oraz niewielką sumę z francuskiego funduszu filmowego) nakręcił w opuszczonej paryskiej fabryce Citroena pierwszy afrykański musical, „Indie Zachodnie”, opowiadający historię trzystu lat niewolnictwa, przemocy i migracji pomiędzy Afryką, francuskimi koloniami na Karaibach i samą Francją.

W hali wybudowano (dość umowną) replikę statku niewolniczego, na którym dzieje się wszystko: wiece polityczne XIX i XX wieku, sprzedaż i kupno niewolników, rebelie, rauty, wizyty władców i prezydentów, tańce, śpiewy i recytacje.

Film miał wielki budżet (1,35 mln dolarów, jeden z największych w historii kina afrykańskiego), był na pewno ogromnie nowatorski i bezkompromisowy – przed projekcją słyszeliśmy, że Hondo usłyszał od hollywoodzkiego studia ofertę 1,5 mln dolarów, „jeśli zmieni temat”. No cóż, nie zmienił i stał się pionierem.

Jak się to ogląda? Hm. Raczej jest to słuszne i ciekawe, niż dobre; niektóre kawałki (na przykład taniec z kajdanami) gdyby je wyjąć z kontekstu, wyglądałyby jak prosto z rasistowskiego teledysku „Africa” Raffaelli Carra, teksty też są czasem nieszczególne (w czym nie pomaga przekład, gdzie Holendrzy, Dutch, zostają Duńczykami czy wspomina się słynnego francuskiego bohatera „Charlesa Martela”). Warto to obejrzeć raczej jako zabytek filmowy, rekonstrukcję filmowego myślenia antykolonialnego sprzed blisko półwiecza.

Czy coś mnie zaskoczyło? Silny antyemigracyjny rys – emigrację z kolonii czarni uważali wówczas za wynaradawianie i film bardzo konsekwentnie pokazuje wyjeżdżanie do Francji jako kolejny etap niewolnictwa: kiedyś statki, dziś samoloty. Spodobałoby się to dzisiejszym europejskim białym rasistom.

Piękny i schludny pokój
reż. Maria Petschnig

Francuzka Marie, artystka wizualna, wynajmuje mieszkanie w starym, nieco sypiącym się budynku na brooklyńskim Park Slope – i, żeby sobie poradzić z kosztami, podnajmuje jedną z dwóch sypialni kolejnym współlokatorom z ogłoszenia.

Jako ktoś, kto osiem lat życia przemieszkał w dzielonych mieszkaniach studenckich, mam swoją porcję przeżyć i anegdot i wiem, że to cały osobny gatunek opowieści. Film Petschnig wpisuje się w to o tyle ładnie, że pokazuje obie strony; Marie też jest trudna i męcząca (z czego zdaje sobie, przynajmniej po części, sprawę), a sytuacja wspólnego mieszkania jest niełatwa dla obu stron.

W jakimś sensie nie jest to nic nowego: XIX-wieczne mieszkanie na kupie w jednej chałupie (u biednych) lub ze służbą (u bogatych) prowadziło do podobnych konfliktów o przestrzeń, przyzwyczajenia, styl życia. Jesteśmy różni, a sytuacja wspólnego mieszkania jest sytuacją intymną, w której te różności się ze sobą zderzają.

Jest to oczywiście również historia o zubożeniu i wyzysku w czasach późnego kapitalizmu, ale ten aspekt nie jest szczególne dociskany; ważniejsi są ludzie: Petschnig (która sama przez 20 lat w Nowym Jorku miała około 60 sublokatorów) ma współczucie i czułość dla wszystkich swoich, nawet dość niesympatycznych, bohaterów i to chyba należy do największych plusów „Pięknego i schludnego pokoju”. Ujmująca jest też odgrywająca główną rolę Charlotte Aubin, postać psychoanalityka, która z początku wydawała mi się zbędna, też ostatecznie ma sens. Jeśli miałbym do czegoś zastrzeżenie, to do przydługich przerywników, pokazujących plakatową barwność Nowego Jorku – to nie Piła, wszyscy wiedzą, jak wygląda; miałem tu wrażenie raczej egotripu „ach, mieszkałam w NY, znam miasto od podszewki”, co było zupełnie po nic. Ale ogólnie: bardzo dobry film festiwalowy, w sam raz jako przerywnik między poważniejszymi rzeczami.

Niezbyt wygórowane oczekiwania
reż. Eivind Landsvik

Młoda dziewczyna zostaje znaną wokalistką, ale za sprawą alkoholu i narkotyków osiąga dno ludzkiego doświadczenia w formie posikania się po pijaku na dywanie. Zatrudnia się zatem w szkole, gdzie pracuje matka i wchodzi w różne interakcje z różnymi ludźmi. Słodki Jezu z malinami, cóż to jest za nudna, męcząca piła! Uciekajta, nawet jeśli macie zupełnie niskie oczekiwania.

Pillion
reż. Harry Lighton

Podobnie jak w przypadku „Wpatrując się w słońce”, nadrabiam filmy, których nie obejrzałem w kinie. O „Pillionie” było – zwłaszcza w światku elgiebetowskim – bardzo głośno, więc oczekiwania miałem.

Zacznijmy od zastrzeżenia wobec nieprzetłumaczonego tytułu – pillion to drugie siedzonko na motorze; w polszczyźnie (jak się okazuje) ma odpowiednik, „pasażer”, co też by tu pasowało. Można było też wymyślić coś innego. Ale nie. Czasem miałbym ochotę stawiać dystrybutorów i/lub tłumaczy filmów pod pillory (pręgierzem) za takie decyzje.

Film jest bardzo swobodną adaptacją powieści Adama Mars-Jonesa, „Box Hill” (2020) – oryginał dzieje się w latach 70. i ma zupełnie inne zakończenie, wersja Lightona jest natomiast współczesna i mniej mroczna. W Bromley, na przedmieściach Londynu, żyje sobie z kochającymi drobnomieszczańskimi rodzicami Colin (Harry Melling): występuje z tatusiem w kwartecie wokalnym i nie może sobie znaleźć chłopaka, więc mamusia umawia go na randki. I nagle w tym wszystkim pojawia się znikąd wyższy od niego o głowę, wyrzeźbiony jak grecki bóg Ray (Alexander Skarsgard), biker na czarnym motorze, który bierze go sobie jak leżącą na talerzyku cytrynkę i wyciska jak chce.

SPOJLERY (ale film jest już długo na rynku, więc bez przesady).
Colin zostaje subem przy swoim domie i przekracza kolejne poziomy uległości: zostaje czymś między psem, trad żoną a służącym. I właśnie kiedy zaczęło mnie to nużyć, film obrał inną ścieżkę, która bardzo mi się podoba, ponieważ uważam ją za głęboko prawdziwą: ostatecznie to Colin uczy się, kim jest, rozpoznaje swoje (niestandardowe i niemieszczańskie) potrzeby, komunikuje je, doprowadza do ich realizacji, a Ray, za swoją fasadą teatralnej męskości, ostatecznie okazuje się słabym tchórzem, czarnoksiężnikiem z Krainy Oz – kiedy zajrzeć za zasłonkę ze skórzanych utensyliów i napompowanych mięśni, jest tam człowiek, który nie zna siebie, panicznie boi się swoich emocji i nie jest gotów na relację, w której nie byłby jedynym centrum decyzyjnym.

I w tym sensie ten film zupełnie nietradycyjny, dla niektórych pewnie trudny do oglądania, idący pod prąd oczekiwań widzów („porządni” geje ze związków monogamicznych i bez mała sakramentalnych, których życie seksualne ogranicza się do całowania w czółko), jest nie tylko głosem w normalizacji ludzkich kinków, ale też głosem przeciwko heteroseksualnej toksycznej męskości, która, krucha, pęka przy najmniejszej konfrontacji z rzeczywistością spoza desperacko budowanej ułudy.

Dziecko nocy
reż. Hanna Bergholm

Fińska reżyserka bierze na warsztat macierzyństwo jako horror. I to obejmujący wszystkich: matkę, ojca, rodzinę i samo dziecko. Nie jestem kobietą, nie mam i nie będę miał tego doświadczenia, nie będę też miał doświadczenia tacierzyńskiego (na szczęście), ale (a może właśnie: dlatego) wizja ta do mnie bardzo przemawia.

Finka Saga przyjeżdża ze swoim angielskim mężem do położonego w lesie opuszczonego, zarośniętego domu po babci, gdzie kiedyś spędzała letnie wakacje. Tu, głęboko w przyrodzie, chcą mieć swój dom i trójkę dzieci. Zaczynają od jednego, spłodzonego na bagnisku, wśród groźnie wyglądających drzew.

Ale zło z lasu jest tu tylko opakowaniem, metaforą destrukcyjnej siły macierzyństwa, która niszczy kobietę, jej ciało, relacje z mężczyzną, z rodziną, a równocześnie wymusza ciągłe wpasowywanie się w obowiązującą narrację, że nie ma większego szczęścia na świecie, niż bycie mamusią.

Mógłbym mieć pewne zastrzeżenia formalne co do końcowej sceny (za dużo tego, mniej znaczyłoby więcej), ale w całości bardzo popieram. Solidne „Nocne szaleństwo”.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Dorian_Gray
Posty: 2841
Rejestracja: 18-07-2018 20:38:15
Lokalizacja: Mazowsze

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231062Post Dorian_Gray »

Ktoś z Was był na Odysei?
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231077Post Achim »

Festiwal, 27.lipca 2026
„ Natura miłości „
Javier Bardem jako „ święty potwór” , hiszpański reżyser, laureat Oskara, który do najnowszego, kręconego na Fuerte/ która udaje Saharę/ filmu angażuje córkę Emilię/ Victoria Luengo/. Dziewczyna ma za sobą role serialowe, na co dzień pracuje w knajpie. Propozycja ojca, do tej pory nie za bardzo obecnego w jej życiu, to zawodowa nobilitacja, lecz Emilia wciąż pamięta, jak Esteban skrzywdził jej matkę i ją sama jako dziecko. Narkotyki, wybuchy wściekłości, a i pewnie coś z „Me Too” by się na Estebana znalazło. Teraz jako gwiazda kina u boku młodszej żony i małych dzieci też potrafi dać nieźle ekipie/ w tym córce/ w kość. Czy twórczość usprawiedliwia takie zachowanie i manipulacje ? Czy biały, heteroseksualny facet, traktowany jako bóg na planie może pozwalać sobie na wszystko ? To nie przypadek, ze plan opuści kobieta- operatorka i jej team. Powstawanie dzieła i sugestia, ze jednak sztuka to coś sztucznego, to jedna warstwa filmu. Ta druga to wzajemne, bolesne relacje ojca i córki, nierozerwalne jednak ze stosunkiem reżyser mistrz- młoda aktorka. Poruszająca psychodrama, fantastyczne kreacje aktorskie i mocny obraz powstawania dzieła i kompromisów i upokorzeń , które trzeba ponieść.
„ Linie przerywane”
Młoda reżyserka Anxos Fazáns w swoim skromnym, kameralnym i bezpretensjonalnym filmie pokazuje konfrontację i spotkanie dwojga ludzi : dojrzałej producentki Bei i młodego muzyka Denisa. Ona musi uporządkować swoje życie, on marzy o nowym życiu w Berlinie. Obojgu brakuje odwagi na nowy początek, w życiu obojga dokonują się zmiany, lecz ich spotkanie zmieni wszystko. To film o dawaniu sobie siły, energii, o zaczynaniu wszystkiego od nowa, a plusem jest świetna ścieżka muzyczna w wykonaniu zespołów z Galicji.
„ Żółte listy”
Reżim totalitarny i polityka wobec nieprawomyślnych intelektualistów „ made in Turcja”. Tryumfator Berlinale to ostre polityczne kino, ale też intymny i czuły portret relacji rodzinnych i konfrontacja postaw w obliczu kryzysu. Z wiadomych względów film kręcony był w Niemczech : Berlin udaje Ankarę, a Hamburg Stambuł, co też ma swoje drugie dno. „ Żółte listy” to w Turcji wykazy szykanowanych pracowników, a inwigilacja sięga bardzo daleko i obejmuje media społecznościowe. Ten film to przypomnienie, jak wygląda współczesny, autorytarny reżim i jak zwalcza tych, których uzna nie nieprawomyślnych. To także psychologiczna wiwisekcja pary : aktorki Deryi (wyśmienity występ Özgü Namal), i dramaturga i wykładowcy akademickiego , Aziza (Tansu Biçer) którym usuwa się grunt spod nóg. Konflikt ich postaw i wzajemna dynamika to mocny punkt tego świetnego filmu.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231102Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy IV.
27 VII


Clarissa
Arie i Chuko Esiri

W sto lat po wydaniu „Pani Dalloway” dwaj nigeryjscy bracia nakręcili „Clarissę”, adaptację powieści Virginii Woolf, przeniesioną do współczesnego Lagos. Jako tłumacz i człowiek zainteresowany teorią tłumaczenia, traktuję takie adaptacje właśnie jako twórczy przekład – taki, który sobie pozwala na odstępstwa od litery tekstu (zwłaszcza, jeśli istnieje już kanoniczne „wierne” tłumaczenie, czym byłaby tu „Pani Dalloway” z Vanessą Redgrave).
„Clarissa” dość wiernie odtwarza przebieg powieści – z jednej strony historię Clarissy Dalloway, która planuje wieczorne przyjęcie, równocześnie wspominając swoją młodość i wakacje w letnim domu na wsi, z drugiej – Septimiusa, żołnierza z PTSD, który ostatecznie popełnia samobójstwo. Jedyna może różnica, że życie Clarissy i Septimiusa nie jest aż tak połączone, jak w powieści: brakuje sceny, w której zastanawia się, czy nie skoczyć z okna, jak ten zupełnie obcy, ale dziwnie bliski jej człowiek (w filmie Septimius popełnia samobójstwo w inny sposób, ale też by się dało to zrobić).

Do tego bardzo ciekawe aspekty polityczne: kto jest chrześcijaninem, kto muzułmaninem, co to za klasa społeczna, kim były te rodziny za junty wojskowej przed laty, kim są dziś – choć pewnie rozumiałbym to lepiej i więcej wyniósł, gdybym znał dogłębniej realia nigeryjskiej polityki. Ale muszę powiedzieć, że oglądało mi się „Clarissę” bardzo dobrze; idealnie wprost odmierzone proporcje migawek z biednego i bogatego Lagos, artystycznych kadrów, dobrych dialogów; stroje i wnętrza tak odległe od naszej codzienności, że ma to dla nas posmak kina kostiumowego.

Szczególnie ciekawe wydaje mi się zestawienie aktorów grających te postaci w młodości trzydzieści lat później; rzadko spotyka się tak przekonujące odpowiedniki, nie tylko jeśli chodzi o same twarze, ale też sposób zachowania, drobne manieryzmy. Jest to na swój sposób imponujące (nawet jeśli intuicyjnie wiemy, że mogliby być mniej podobni, a kupilibyśmy tę kontynuację, bo tak działa umowność filmu). Nie ma tu złych ról, od postaci głównych po zupełnie poboczne. A ból rozczarowania życiem i źle wybranym mężem wydaje się jeszcze bardziej dojmujący, niż PTSD (co, jak się zdaje, było tezą Woolf).

Gąska
reż. Karla Badillo

Film, który jakoś – nawet nie wydarzeniami, ale ogólną aurą i rozważaniami o przeznaczeniu – przypomniał mi znakomitą powieść „Most San Luis Rey” Thorntona Wildera.
Górskie bezdroża Meksyku, odludna okolica: kilka różnych postaci wyrusza z różnych miejsc, bo dotrzeć do miasteczka San Vicente, choć nie bardzo wiedzą, jak je znaleźć: nowicjuszka Rafaela z podupadłego klasztoru, która śni sny prorocze i ma spotkać się z nowym arcybiskupem; wiejscy pielgrzymi w procesji z figurą świętego; zamożna dama w limuzynie, prowadzonej przez kierowcę; rosły spadochroniarz. Ich losy będą się wielokrotnie przecinały na najróżniejsze sposoby.

I znów zarzut do tytułu: dla polskiego widza „gąska” to nowicjuszka Rafaela, tymczasem chodzi o „grę w gęś”, sięgającą renesansu grę planszową, inspirowaną ponoć trasami pielgrzymek do Composteli. Na pewno dało się to zrobić lepiej, ale cóż.

Film Badillo jest dziwny, pięknie fotografowany (wspaniałe, surowe pejzaże, niezwykła uroda bohaterek), nastrojowy, zaskakujący i wizualnie, i fabularnie. Wchodzi się w to z niekłamaną przyjemnością. Takie nowohoryzontowe dziwactwa lubię.

Reduta
reż. John Skoog

Film Skooga przypomina autentyczną postać Karla-Görana Perssona (1894-1975), obsesjonata w typie Bernhardowskim, farmera, który w zimnowojennej Szwecji postanowił zmienić swoje gospodarstwo w skrzyżowanie fortu ze schronem, gdzie w wypadku wojny czy innych katastrof będzie mógł nie tylko samemu znaleźć ratunek, ale też zaoferować schronienie wszystkim rodzinom z całej wsi (każda z nich miała dysponować wmurowaną w ścianę bańką po mleku, gdzie można było złożyć kosztowności). Wszystko robił wyłącznie własnoręcznie: zbierał złom, skupował cement, nawet szyny zwoził na budowę rowerem. I jest to na swój sposób imponujące.

Przez długą część seansu miałem wrażenie, że spokojnie dałoby się to zamknąć w dwudziestominutowej, może trzydziestominutowej etiudzie. Ale z czasem zrozumiałem, że właśnie ta mozolność, rozciągnięcie w czasie, koresponduje z opowiadaną historią, z dramatem Perssona – to musi ciągnąć się bez końca i nagle urwać, jak każdy szalony projekt tego rodzaju. Na zmianę zdania wpłynęły zwłaszcza dwie rzeczy. Po pierwsze Denis Lavant, który znakomicie portretuje Perssona – jest on szalony i dziecięcy, naiwny i przebiegły, zaciekły i ofiarny zarazem. Po drugie fenomenalne wprost czarno-białe zdjęcia, lodowate pejzaże, trochę w typie naszego „Nikifora”, trochę „Ostatni pociąg” Germana – to zasługa polskiej operatorki, Ity Zbroniec-Zajt. Medytacyjne i wizualnie piękne.

Sześć miesięcy w różowym i niebieskim budynku
reż. Bruno Santamaría Razo

Bardzo podobny punkt wyjścia jak w „Olmo” na American Film Festival: reżyser kręci film o swoim dzieciństwie, gdzie jest umierający ojciec, wrażliwy syn, rodzina w kryzysie, przepracowana matka. Ale tym razem mamy do czynienia z filme m wrażliwym, dobrym, ciekawym i niepozbawionym zwrotów akcji.

Meksyk, początek lat 90.; mały Bruno mieszka z rodzicami, niewinnie podkochuje się w koledze z klasy, podgląda z nim kręcenie „Romea i Julii” z DiCaprio w pobliskim sanktuarium, aż tu nagle jego seksualnie ambiwalentny ojciec dostaje ze szpitala badania krwi: jest chory na AIDS, zostało mu sześć miesięcy życia.

Po latach Bruno wraca do bolesnych wydarzeń ze swojego dzieciństwa (film zaczyna się i kończy rozmową z członkami rodziny, przy czym trzeba znów przyznać, że – jak w „Clarissie” – podobieństwo aktorów do bohaterów jest niezwykłe) i zastanawia się, jak te doświadczenia ukształtowały go na lata. Solidne i wzruszające autobiograficzne kino queerowe.

Niech żyją nam
reż. Léa Mysius

Autorka „Pięciu diabłów” wraca z kolejnym filmem: na francuskiej prowincji w odosobnionym gospodarstwie mieszka przyjezdna Włoszka, malarka (Monica Belucci), a obok syn dawnych właścicieli z żoną Norą i córeczką. Wszyscy szykują się do urodzin Nory, na których pojawiają się też nieoczekiwani goście: trzej bracia gangsterzy (którym szefuje najstarszy, Benoit Magimel), którzy mają porachunki z jedną z tych osób. Cały film to balansowanie między zagrożeniem/przemocą a udawaną cywilizowaną konwersacją przy urodzinowym stole.
Bardzo ładnie sfotografowany, porządnie zagrany i nieźle napisany dynamiczny thriller z francuskim espirt; może nieco przewidywalny pod koniec, ale spełniający dobrze warunki gatunku.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231139Post Achim »

Festiwal 28. lipca 2026

„ Bez ojca“
Bohaterką tegorocznej retrospektywy Festiwalu jest austriacka reżyserka Marie Kreutzer, znana chyba najbardziej w Polsce z filmu „ W gorsecie” o Sissi. Ja dziś, na seansie z udziałem reżyserki, zobaczyłem Jej debiut z roku 2011. Jedna z bohaterek filmu mówi, że rodzina jest przereklamowana i o tym jest ten film, jak bardzo kształtuje nas dzieciństwo, jakie traumy zostawia i jak trudno jest sobie potem z nimi poradzić. Tym razem rodzina jest nietypowa i alternatywna : to hipisowska z założenia komuna, skupiona wokół charyzmatycznego Hansa. Po jego śmierci w zapuszczonym domu spotykają się dzieci jego, jego partnerek i wychowane w tej komunie i dokonują bolesnego rozliczenia z przeszłością .
„ Byliśmy cool”
Drugie tego dnia spotkanie z Marie Kreutzer i Jej filmami . Tym razem błyskotliwa obserwacja trzech wiedeńskich par, które niemal jednocześnie decydują się na dziecko. Mamy tu wielkomiejski klimat lekko artystyczny/ jedna z bohaterek jest reżyserką o kręci film/. Mamy obserwacje dotyczące związków, poprawności politycznej, seksu. Film traktuje bohaterów z sympatią i przymrużeniem oka z ich dziwactwami i słabościami, fantastyczna ścieżka dźwiękowa i duże ilość scen wręcz komediowych. Odkryciem filmu jest debiutujaca wówczas u Marie Kreutzer Vicky Krieps, dziś już gwiazda światowego formatu
„ Źródło życia „
Film przypomina mało chwalebny epizod z historii Czechosłowacji : przymusową sterylizację Romek. Historia opowiadana jest z perspektywy ginekolożki z prowincjonalnego szpitala Ingrid/ Anna Geislerova/ , która dzięki przyjaźni z młodą pielęgniarką o romskich korzeniach spojrzy na to z innej perspektywy. Film pokazuje kobiecą przyjaźń, ale też przypomina życie u schyłku komuny/ proceder trwał dłużej/ . „ Źródło życia” łączy ważną społeczną politykę z poetyckimi, lirycznymi obrazami. Film niesie nadzieję w perspektywie jednostkowej, bo sytuacja bytowa i życiowa Romów przedstawiona w filmie jest tragiczna.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231172Post Achim »

Festiwal 29. lipca, tylko jeden film, ale za to jaki !
„ Niespodziewane”
Moje objawienie tegorocznego festiwalu ; film o ogromnym ładunku intelektualnym, ale przy tym o niezwykłej czułości i delikatności w portretowaniu bohaterów. Film o spotkaniu kultur, bohaterek, podejścia do choroby i odchodzenia. A wszystko to rozpoczyna się w sposób absolutnie niespodziewany w paryskim parku, kiedy kierowniczka prywatnego ośrodka opieki Marie Lou/ Virginie Efira/ uspokaja japońskiego chłopca w spektrum autyzmu. Opiekunką chłopca jest reżyserka teatralna Mari/ Tao Okamoto/ i tak zaczyna się między nimi przyjaźń, platoniczne uczucie, niezwykle głęboki związek, ale też wymiana intelektualna . Panie dyskutują o społeczeństwie kapitalistycznym i braku dzietności w nim, ale też poza wykładami przekuwają swoje porozumienie w sztukę . Spektakl Mari czy jej warsztaty dla pensjonariuszy to majstersztyki arteterapii , natomiast koncepcja, z którą pracuje Marie Lou czyli „humanitude” jest oparta na dotyku, głosie, kontakcie wzrokowym i wertykalności. Oczywiście, że może to wydawać się i wyglądać lekko utopijnie, ale to szlachetna utopia, a reżyser Ryusuke Hamaguchi obserwuje ten świat z zachwytem i tkliwością .
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231192Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 V.
28 VII


Muchy
reż. Fernando Eimbcke

Miasto Meksyk (co ciekawe, to te same mniej więcej lata i dokładnie ta sama dzielnica z sanktuarium, co w „Sześciu miesiącach…”); zgorzkniała, samotna starsza kobieta, zmuszona brakiem pieniędzy, odnajmuje pusty pokój w mieszkaniu. Jej klientami są krewni osób leczących się w pobliskim szpitalu. Tak trafia do niej pewien mężczyzna, którego żona leży na onkologii, a który nocami przemyca do pokoju kilkuletniego synka, Cristiana. Jak się można spodziewać, między niesympatyczną emerytką a chłopcem ostatecznie nawiąże się nić porozumienia.

Nie jest to może film zaskakujący, ale ładnie zrobiony, dobrze zagrany; smutny ale z miejscami na uśmiech; trochę jak porządnie zrobione niedzielne kino familijne o trudnych życiowych sprawach. Ładnie też wtajemnicza nas w kolejne warstwy historii bohaterów. Na plus nieoczekiwany twist, czyli to, co ostatecznie połączy Olgę z Cristiankiem.

Mężczyzna którego kocham
reż. Ira Sachs

Po „Jednym dniu Petera Hujara” Ira Sachs kontynuuje swój projekt pt. „jedyne, co ciekawe, to artyści z AIDS w Nowym Jorku w latach 80.” I rozumiem, że to jakieś jego pokoleniowe przeżycie, że portretuje swoją młodość (sam przyjechał do Nowego Jorku w 1988), ale miejsce na takie filmy było 30 lat temu. Nie tyle o samym zjawisku (bo to nadal można powiedzieć w jakiś nowy sposób) ale z takimi oczywistościami. Ten film właściwie odhacza wszystkie banały o gejowskich artystach podczas epidemii AIDS, w dodatku ma rozwlekłe tempo, więc każdy z tych banałach przychodzi po odpowiednio długim odstępie niczym odkrycie. Trochę jak w złych wierszach dzielonych gęsto na wersy, żeby wszystko brzmiało podniośle i doniośle. W międzyczasie słuchamy – oczywiście – kawałków „Stabat Mater” i że pertransivit gladius. No pertransivit, pertransivit, ale wszystko to było.

Znany aktor i performer, Jimmy (Rami Malek), jest w coraz gorszym stanie, opiekuje się nim porządny chłopak, Dennis. Tymczasem do kamienicy wprowadza się przystojny młody rudzielec z Anglii. Najnowszy spektakl i romans z rudzielcem stają się dla Jimmy’ego kotwicą, która trzyma go przy życiu. A potem tak to już idzie ku oczywistym zakończeniom.
Dodam może, że Malek zagrywa się w tej roli tikiem na tiku, właściwie jego szczęka powinna mieć osobno płacone za choreografię.

Człowiek epoki
reż. Emanuel Marre

Henri zajmował się interesami, wtopił jakąś kasę, nie tylko swoją i niekoniecznie uczciwie, przed wybuchem wojny napisał konserwatywno-technokratyczną książkę, która przeszła bez echa, a teraz pielgrzymuje po korytarzach rządu Vichy wychwalając marszałka i licząc na jakąś posadkę. Którą znajduje. Po jakimś czasie udaje mu się sprowadzić na południe żonę i dzieci.
Z początku nudny, potem ciekawszy przez swoją dziwność, „Człowiek epoki” pokazuje głównego bohatera jako typowego francuskiego oportunistę doby II wojny światowej: dużo mówi o moralności i ideałach, wmawia sobie, że postępuje przyzwoicie i nawet (w drobnych sprawach) tym zasadom hołduje. Ale w większych „robi co do niego należy”, ale przecież „to nie on podejmuje decyzje”. W jakimś sensie „Człowiek epoki” pokrewny jest biurokratycznym rozdziałom „Łaskawych” Littella.

Jest tu kilka dziwnych wyborów (np. muzyka z lat 80. towarzysząca wnętrzom i kostiumom z epoki), ale jakoś się one bronią. Podglebiem całego filmu są listy Henriego i jego żony Paulette, które okazują się (jak zresztą się spodziewałem) listami pradziadków reżysera. Bardzo francuskie, ale ostatecznie całkiem interesujące.

Ben’Imana
reż. Marie-Clementine Dusabejambo

W 2012, osiemnaście lat po ludobójstwie, w rwandyjskiej wiosce mają miejsce posiedzenia trybunału sprawiedliwości, które mają doprowadzić do jakiejś formy rozładowania napięcia. Kontekst: po ludobójstwie Rwanda wsadziła do więzień ok. 100 tys. osób, równocześnie trudno było je sądzić, bo większość sędziów została wymordowana lub uciekła z kraju; szacowano, że w tym tempie procesy musiałby się toczyć przez dwieście lat – w tej sytuacji wprowadzono do gry tradycyjne lokalne sądy gacaca (o dość wątpliwych formach działania).

O takim lokalnym sądzie opowiada Ben’Imana: dwie siostry, którym wymordowano bliskich, Veneranda i Susanna, mają zupełnie inny stosunek do sprawiedliwości. Pierwsza, szanowana członkini społeczności, pośredniczy w pojednaniu; druga, ciężko chora, zdziwaczała, głośno dopomina się wyroku i nie zgadza się na przebaczenie. Cały film (dedykowany przez reżyserkę „naszym matkom”) jest dialogiem, niełatwym dialogiem, pomiędzy tymi dwiema bezkompromisowymi postawami dwóch bezkompromisowych kobiet.

Jest to afrykański debiut, który trafił do Cannes – co cieszy. Momentami miałem wrażenie, że scenariusz jest szyty grubymi nićmi, a aktorstwo jest nieco drewniane. Ale nadrabiała do siła kadrów, rytualnych pieśni kobiet, niektórych rozwiązań formalnych. Potraktowałem to po prostu jako ciekawy wgląd w zupełnie nieznaną mi rzeczywistość. I cieszę się, że miałem okazję to przeżyć, nawet jeśli widzę rozmaite niedociągnięcia.

Lewitując
reż. Para Perasuk

Bayu jest indonezyjskim flecistą, który wprowadza ludzi w trans na wiejskich festiwalach wcielania się w zwierzęta, gdzie muzyka sprawia, że w tancerzy wchodzą animalne duchy. Chce aplikować na stanowisko szamana, równolegle kocha się w Laksmi, rywalizuje z przyjacielem i razem ze szkołą tańca rytualnego próbuje powstrzymać wykupienie terenów przez złych deweloperów.

Jest to, jak rozumiem, komedia, ale dość nieśmieszna. Jako film z przesłaniem (ekologia i wspólnota) może się poszczycić wykwintem scenariuszowym godnym odcinka „Scooby-Doo”.
Może w innych warunkach niż na Nowych Horyzontach mógłbym docenić; tu – mimo barwności i muzyki – miałem tych banałów powyżej uszu, co raz zbierało mi się na sen i czułem się, jakbym przyszedł na pokaz kiepskiego, naiwnego kina familijnego.

(...) dziś nie było czytelnego zwycięzcy, bo mogłyby tu być i "Muchy", i "Ben'Imana".)
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231193Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 VI.
29 VII


The Meltdown
reż. Manuela Martelli

Chile, 1992 rok, dwa lata po odsunięciu od władzy junty Pinocheta. Oczywiście znów kompletnie bezsensowna decyzja o nietłumaczeniu tytułu: po polsku „Odwilż” ma znaczenie i podstawowe, i metaforyczne, polityczne właśnie. No ale po co to zmieniać, skoro można dać „Meltdown”, który w dodatku w polszczyźnie kojarzy się zupełnie inaczej, z załamaniem nerwowym. Oh, well.

Dziesięcioletnia (na oko) Inez mieszka w górskim hotelu należącym do dziadków, bo jej rodzice są w Europie na Expo celebrującym pięćsetlecie odkrycia Ameryki. Martelli subtelnie pokazuje miejsce rodziny w historii kraju: dziadek ma „znajomych z wojska”, którzy powiedzieli mu, że nie będą korzystali z dawnego poligonu, więc go wykupił; poligon z kolei leżał na ziemi zabranej rodzinie rodzeństwa, które teraz pracuje za barem i w recepcji hotelu (mieli też brata, ale brat zniknął i się o nim nie mówi, wiadomo czemu).

Tymczasem w hotelu ćwiczą jazdę na nartach młodzi niemieccy sportowcy pod opieką trenera (Jakub Gierszał), w tym czternastoletnia Hanna, która przykuwa uwagę samotnej Inez. Zawiązuje się między nimi nić sympatii, ale Hanna pewnej nocy przepada. Pojawia się policja, poszukiwarcze, matka zaginionej dziewczyny. Inez zna pewien szczegół, który mógłby pomóc w rozwiązaniu zagadki, ale…

Martelli subtelnie snuje opowieść o tajemnicach i ukrywaniu faktów w społeczeństwie, które pełne jest niezabliźnionych ran i krzywd, którym nikt nie zadośćuczynił. Może tu i ówdzie zastosowałbym nożyczki i poskracał, ale jest to solidnie zrobione.

Nawet Bóg nie pomoże
reż. Hana Jušić

Niespieszny, duszny od emocji, pełen powłóczystych spojrzeń kamery (trochę podobnych do tych z „Portretu kobiety w ogniu”) film o zderzeniu kultur i mentalności. Jest przełom XIX i XX wieku, w górskiej wiosce na Bałkanach pojawia się ubrana na czarno, mówiąca wyłącznie po hiszpańsku Teresa (w tej roli reżyserka poprzedniego filmu, Manuela Martelli). Wita ją Milena, mówiąca wyłącznie po chorwacku, która staje w progu góralskiej chaty ze strzelbą w ręku. „Milena?” – pyta przybyszka i ją przytula. Mówi, że jest wdową po jej bracie, który wyjechał do Nowego Świata w poszukiwaniu złota i szczęścia, po czym zginął w wypadku w fabryce – i przynosi w zawiniątku garść jego kości.

Przybyszka powoli uczy się słów miejscowego języka, próbuje być pomocna w gospodarstwie, wpasować się w rodzinę męża. Czemu? Co nią kieruje? Jak zostanie przyjęta przez juhasów, którzy poszli w górę z owcami?

Jest to rzecz świetna, nastrojowa, niepozbawiona poczucia humoru, podszyta potężną grozą: noc, góry, wilki, zwidy, tajemnice z przeszłości, brutalni ludzie i bezwzględne zasady. W którą stronę potoczy się ta historia? Toczy się długo dobrze, ale sama końcówka wydaje się nieco nieudana, przekombinowana, ciągnąca w każdą stronę: za dużo sznurków, za dużo koncepcji i teraz nagle trzeba to wszystko powiązać. Ale i tak zdecydowanie warto. Zwłaszcza na dużym ekranie, który pozwoli docenić urodę kadrów.

Filipiñana
reż. Rafael Manuel

Trochę jakby Ulrich Seidl nakręcił „Biały Lotos” na Filipinach: susza i upały niszczą rolniczą okolice, ale luksusowe pole golfowe z równie luksusowym hotelem błyszczy od soczystej, obficie zraszanej zieleni. Konflikt między elitami a ludem, bogatymi a biednymi, pracodawcami a pracownikami. Dwa różne światy, które właściwie nie powinny się przenikać, ale przenikać się muszą, bo luksus musi być obsługiwany, więc pętają się ci zbędni ludzie, których najchętniej wymieniłoby się na samo działanie: podawanie, przenoszenie, osłanianie parasolem, karmienie, muzykowanie.

Rzecz jest dziwna, gorzka, filmowana osobliwie ale przekonująco, duszna i lepka od soku mango i potu. Niezaskakująca może, ale przekonująca i bardzo sprawnie zrobiona. Opowieść o Filipinach, w której łatwo odnajdziemy Polskę lat 90. i transformacji ustrojowej.

Leviticus
reż. Adrian Chiarella

Australijski queerowy horror, pełnometrażowy debiut reżysera. Nastoletni Naim po śmierci ojca osiedla się z matką w małym miasteczku na południu, gdzie funkcjonują w chrześcijańskiej (zapewne neoewangelikalnej) wspólnocie; tyle, że jest gejem i zaczyna romansować z kolegą ze szkoły – i na tym może przestanę spojlerować.

Z początku film mógłby być historią rodem z kina religijnego, gdzie zło pożądania zostaje ukarane przez mściwego Jahwe; ale w rzeczywistości horrorowe zło to zło religijnej nienawiści, homofobii, a ściślej: terapii konwersyjnej, która łączy religię (w rzeczywistości pozafilmowej często jeszcze pseudonaukę) i presję społeczną w jeden koktajl przemocy: miłość w tym krzywym zwierciadle staje się największą krzywdą i zagrożeniem, a ukochana osoba – potworem.

Scenariusz znakomicie tym gra, pokazując podstawową ludzką potrzebę kochania i bycia kochanym jako niszczącą – w tych warunkach – siłę; ale jest to też po prostu dobry horror, świetnie wykorzystujący efekty dźwiękowe. Solidne gejowskie kino gatunkowe, polecam.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
marcin
Posty: 18272
Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
Lokalizacja: PL

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231194Post marcin »

"Raptularzyk"... Już wiem aby po powieści Dehnela nie sięgać :P bo zapewne będzie to taki sam (językowy) przerost formy nad treścią :roll:
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231200Post Hebius »

Raptularzyk - bardzo sympatyczne słowo pasujące do autora, który w swojej prozie używa ładnej, klasycznej polszczyzny i trafnie określające pisane na bieżąco notatki kinowe.
Obrazek
Awatar użytkownika
marcin
Posty: 18272
Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
Lokalizacja: PL

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231202Post marcin »

Ja napisałem o sobie, że już wiem że po jego dzieła nie sięgnę :D
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231210Post Hebius »

Zrozumiałem co napisałeś.
Obrazek
Awatar użytkownika
marcin
Posty: 18272
Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
Lokalizacja: PL

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231213Post marcin »

W ogóle to jaki sens ma kopiowanie tych wpisów Dehnela? Jeśli ktoś jest tym zainteresowany, to fb Dehnela raczej sam da radę znaleźć.
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231219Post Hebius »

Samo istnienie tego forum nie ma sensu, bo lepiej o sprawach gejowskich podyskutować w szerszym gronie na Facebooku. Dehnela cytuję z tej prostej przyczyny, że mobilizuje mnie to do przeczytania jego notatek, czego bez cytowania zapewne by mi się nie chciało, bo przecież ani ich nie skomentuję na FB (niczego na FB nie komentuję oprócz - epizodycznie - postów Czartogromskiego), ani na te filmy do kina nie pójdę.
Obrazek
Awatar użytkownika
Czarek90
Posty: 667
Rejestracja: 28-09-2020 16:34:43
Lokalizacja: na piętrze

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231224Post Czarek90 »

marcin pisze: 30-07-2026 16:34:37 W ogóle to jaki sens ma kopiowanie tych wpisów Dehnela? Jeśli ktoś jest tym zainteresowany, to fb Dehnela raczej sam da radę znaleźć.

Pomyślałem o tym, kiedy zobaczyłem blok cytatów, a potem stwierdziłem, że jednak na FB Dehnela komentować nie zamierzam, bo podobnie jak HEBIUS, na FB niczego nigdzie od lat nie komentuje :P A tu Wam mogę napisać, że też byłem we wtorek na "Mężczyźnie, którego kocham" i niestety było to płaskie i bez widocznego sensu (niewidocznego pewnie też). Przez cały film czekałem na coś, co ma być tematem/problem/punktem do refleksji, czymkolwiek, co pojawia się choćby na chwilę, ale dzięki czemu cały film staje Ci przed oczami, że tak, to ma teraz sens. Tu było po protu kompilacją kolejnych scen bez polotu.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231297Post Achim »

My zostawiamy sobie " Mężczyznę, którego kocham " na deser na koniec festiwalu. Natomiast Pierre Le Gall, arcyprzystojny reżyser filmu " Flesh und Fuel " mówił, że Ira Sachs jest dla niego wzorem filmowca i takie filmy chciałby kręcić. Ja uwielbiam jego też festiwalowe " Przejścia"...
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231299Post Achim »

Festiwal, 30. lipca
„ Dziennik panny służącej „
Mistrz Radu Jude przypatruje się współczesnej Europie poprzez pryzmat klasycznej francuskiej powieści Octave a Mirbeau. Tytułową panną służącą jest młoda Rumunka, pracująca u zamożnej pary francuskich intelektualistów i to właśnie Gianina gra główną rolę w adaptacji powieści na amatorskiej scenie. Rumuński reżyser gorzko i ironicznie pokazuje syty i konsumpcyjny zachód : protekcjonizm, oderwanie od rzeczywistości i wspominanie studenckiej rewolty z roku 1968 . Gianina jest bystra, inteligentna, z uwagą obserwuje otoczenie, jej wcześniejsza praca w rzeźni w Hiszpanii nauczyła ją, że prawa pracownicze nie istnieją, a gadanie o prawach zwierząt zderza z sytuacją na wiosce w Mołdawii Rumuńskiej. W tym filmie dostaje się francuskim zamożnym lekkoduchom, wymądrzającym się na temat sytuacji w Europie Wschodniej i Wojny w Ukrainie, zresztą aktualnych tematów jest więcej jak choćby kryzys uchodźczy. Oczywiście miejscami jest to bardzo śmieszne i świetnie się ogląda, ale wymowa filmu jest jednak tragiczna.
„ Daleko od brzegu”
Naukowczyni Amanda/ Juliette Binoche/ jest świadkiem zbliżenia seksualnego swojej chorej na demencję matki i jej męża/ nagrody aktorskie na Berlinale na fantastycznych Anny Calder- Marshall i Toma Courtenaya/ . Bohaterka uruchamia spiralę wydarzeń z udziałem policji, pomocy społecznej itp., lecz czy powinna tak zrobić, czy mamy prawo tak ingerować w życie innych/ bliskich ludzi ? W tym filmie pytań jest znacznie więcej i nic nie jest jednoznaczne. Każdy ma swoje racje, a bezduszna machina biurokratyczno- opiekuńczna jest bezradna. Sytuacji z rodzicami bohaterki reżyser Lance Hammer przeciwstawia opowieść o inicjacji córki Sary, która również musi odnaleźć się w nowej sytuacji życiowej . To takie mocne, psychologiczne kino, oparte na konflikcie postaw, gdzie każdy ma swoje racje i nie ma jednoznacznych odpowiedzi.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231323Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 VII.
30 VII


Papierowy tygrys
reż. James Grey

To prawdziwa sztuka zrobić tak beznadziejnie nudny film gansterski. Lata 80., spokojny żydowski inżynier mieszka z żoną i dwójką dzieci w Queens; jego przebojowy brat, były policjant, czaruś i dusza towarzystwa, oferuje mu wejście do interesu: prowadzenie doradztwa technicznego dla rosyjskich deweloperów. Co oczywiście nie może się skończyć dobrze.
Nie przepadam za Adamem Driverem, który zawsze wygląda mi jak Keanu Reeves z ciastoliny, ale jest tu stosunkowo najlepszy; w roli szarej myszki, gospodyni domowej, obsadzono Scarlett Johansson, której nałożono peruczkę i wielkie okulary; w czym wygląda jak Debette Goldry ze skeczów SNL i jest kompletnie nieprzekonująca (wcześniej miała tę rolę grać równie niedobrana Anne Hathaway), a tatusia gra Miles Teller, aktor kina akcji, znów zupełnie nieprzekonujący (zastąpił równie niedobranego Jeremy’ego Stronga, czyli najstarszego brata z „Sukcesji”). Zresztą Hathaway i Strong grali rodziców bohatera w poprzednim, mocno autobiograficznym filmie (widać „mamusia musi być najpiękniejsza”). Ale mniejsza już o kiepskie decyzje castingowe: jest to nudne jak flaki z olejem.

James Grey, który też napisał scenariusz, ma żydowsko-rosyjskie korzenie, wychował się na nowojorskich przedmieściach, realizował już o tym filmy, jego ojciec był takim właśnie inżynierem. Więc może go to wszystko ekscytuje. No ale mnie zupełnie nie. Jak powiedział Pietia, wygląda to jak długi skecz SNLu – tyle, że niestety na serio, z siąkającymi smyczkami w serceszczypatielnych momentach.

Wariacja na temat
reż. Jason Jacobs, Devon Delmar

Dwaj reżyserzy z RPA pokazują tu drugi wspólnie zrealizowany film, opowiadający historię rodziny jednego z nich – z początku był to dokument, a role są obsadzone przez rodzinę i bliskich reżysera.

Na południowoamerykańskiej prowincji żyje staruszka Hettie: codziennie wypasa swoje kozy i prowadzi upartą, cichą egzystencję z dala od świata i od licznego potomstwa, które odwiedza ją tylko raz od wielkiego dzwonu. Tymczasem rozdawane są „niebieskie formularze”, które pozwalają uzyskać odszkodowanie rodzinom rekrutów z II wojny światowej. Czarni żołnierze, wyposażeni tylko w krótkie włócznie, zostali wówczas rzuceni na fronty Europy, a za jedyny żołd otrzymali na koniec parę butów i rower. Teraz można zwrócić się o wypłatę pieniędzy, ale trzeba wnieść opłatę na koszty manipulacyjne…

To, że chodzi o oszustwo, jest jasne od samego początku, więc reżyserom mniej chodzi o samą historię, a bardziej o pokazanie różnych mieszkańców wioski, ich marzeń, przyzwyczajeń, nałogów, opinii, nadziei. Najładniejszy tu może jest poetycki komentarz, recytowany w tle od czasu do czasu, i jakaś zgoda na to, żeby świat, przy wszystkich jego wadach, jednak się nie zmieniał.

Mniej przekonuje mnie wyjaśnienie odreżyserskie tytułu (który w oryginalne brzmi „Variations on a Theme”, więc raczej wariacjE, niż wariacjA) – że to ciągły, powtarzający się krąg przemocy, że raz wykorzystano tych ludzi, a teraz są wykorzystywani ponownie. Bo jednak widzę zasadniczą różnicę pomiędzy rasistowskim systemem państwowym, a grupką oszustów w typie „nigeryjskiego księcia”.

W gorsecie
reż. Marie Kreutzer

UWAGA: SPOJLERY
This is just silly. Bezsensowne wariacje na temat życia cesarzowej Sissi, która pojawia się na filmie (blisko dwie dekady przed jego wynalezieniem) i bierze przepisaną przez lekarza heroinę (którą wprowadzono do produkcji już po jej śmierci). Niby rygorystyczne stroje, ale jakieś szklane drzwi i traktor, niby rygorystyczne daty, a kompletne fantazje chronologiczne. Plus jakiś zapleśniały austriacki zameczek jako angielski dwór w Northumberland.

Czy można się tak bawić? Z sensem można, taki był „Caravaggio” Jarmana. Ale tu właściwie są tylko jakieś banały o Sissi, efekciarsko podkręcone, bo cesarzowa kładzie się do łóżka z kim popadnie. Ani to ciekawe, ani wnikliwe psychologicznie czy historycznie, raczej coś, co robią dziennikarze tabloidów, kiedy nic nie mają.

Jedyne, co ciekawe, to pomysł, który pojawia się 20 minut przed końcem: że Sissi postanawia zastąpić siebie damą dworu; w ten sposób zachowuje personę, ale może obciąć włosy, tyć, robić co chce. Tylko po co wtedy ma popełniać samobójstwo, w imię czego, skoro uzyskała wyzwolenie w ramach systemu? Jest to niezły pomysł na etiudę albo pomysł na zupełnie inny film o wymyślonej cesarzowej, no ale wtedy nie dałoby się odcinać kuponów od Sissi. Tanie.

Daleko od brzegu
reż. Lance Hammer

Reżyser wraca 18 lat po debiucie, rzadka sprawa. I od razu z Juliette Binoche i Srebrnym Niedźwiedziem z Berlina. Zasłużonym, jak sądzę.

Amanda, rozwódka, bierze urlop na uniwersytecie i przeprowadza się z córką na rok z Newcastle do Londynu żeby pisać książkę i opiekować się matką z demencją. Leslie mieszka ze swoim drugim mężem, Martinem, który otacza ją codzienną czułą opieką, ale też niekiedy uprawia z nią seks, co jest nie do przyjęcia dla Amandy: cały film zaczyna się od sceny, w której zastaje Martina i Leslie w łóżku, więc wzywa policję, oskarżając ojczyma o gwałt. To, co uważała po prostu za sposób na pogrożenie Martinowi, uruchamia całą spiralę wydarzeń, których nie przewidziała.

Nie lubię filmów o głupich ludziach, którzy robią głupie rzeczy i następnie przeżywają dramat, ponieważ ponoszą konsekwencje swoich działań. Ale w „Daleko od brzegu” wszyscy mają swoje racje i nie są one bagatelne; każdy z bohaterów chce postępować dobrze i słusznie, a jednak błądzą, bo być może w ogóle nie da się tego rozsądzić stuprocentowo. I Hammer pokazuje to konsekwentnie, planowo, mądrze. W jakimś sensie jest to film pokrewny „Fiordowi” (choć, jak sądzę, lepszy).

Jeśli miałbym jakieś zastrzeżenia, to chyba tylko do zakończenia; po pierwsze, do kilku zakończeń, które spokojnie można było przeplewić, po drugie do zakończenia ostatecznego, które – jak powiedział Piotr – jest nadmiarowo okrutne; od samego początku wiemy, że decyzja Amandy jest (mimo jej niejakiej słuszności, jak to w klasycznej tragedii) zła i do zła prowadzi.

Owoce rajskich drzew spożywamy
reż. Věra Chytilová

Chytilovą znałem tylko z – fenomenalnych – „Stokrotek”, więc wiedziałem, że muszę zobaczyć i to. Cóż za osobliwość! Scenerię stanowią: brzeg rzeki, ogród a może zapuszczony park uzdrowiskowy czy pałacowy oraz podupadłe rokokowe wnętrze. W tych okolicznościach widzimy trójkątne relacje między Ewą, Józefem a panem Robertem, czyli Ewą, Adamem a wężem (choć ten akurat raj jest obficiej zamieszkany przez rozmaite inne postaci, typu staruszka w kapelusiku). „Owoce rajskich drzew…” zaczynają się i kończą kantatą opartą na biblijnym tekście o kuszeniu jabłkiem, ale ten film nie jest żadną historią świętą – trochę tu z humoru „Hydrozagadki”, trochę z urody i surrealizmu kadrów Paradżanowa. I ogląda się to znakomicie (nawet jeśli przydałyby się może jakieś skróty): pobudza takie miejsca w mózgu, których inne filmy nie pobudzają.

Chytilova miała już wcześniej kłopoty z cenzurą za „Stokrotki”, „Owoce…” powstały dzięki odwilży za krótkotrwałej „Praskiej wiosny”, po czym reżyserkę objęto w Czechosłowacji ośmioletnim zapisem cenzury. Co niech będzie i dziś przypomnieniem, że cenzura po prostu ograbia nas z wybitnych dzieł, które nie powstały, choć powstać mogły.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231350Post Achim »

Festiwal 31. lipca
„ Cała reszta to szum „
Skromny, kameralny, bezpretensjonalny, lekko feministyczny meksykański film o /nie/obecności kobiet w sztuce/ tym razem chodzi o muzykę współczesną. Absurdy codzienności, maczyzm- to wszystko nie pomaga w twórczości, a to wszystko z humorem i bez spiny.
„ Mężczyzna, którego kocham”
Mam problem z tym filmem, bo niemożebnie irytuje mnie postać główna : Jimmy George/ Rami Malek/ , queerowy artysta, promiskuitywny biseksualista, który jakiejś przesadnej kariery nie zrobił. Bohater jest egotyczny, nieodpowiedzialny, a opiekuje się nim wyrozumiały partner Dennis/ Tom Sturridge/, co nie przeszkadza choremu/ słowo AIDS nie pada w filmie/ wdać się w romans z sąsiadem Vincentem/ Luther Ford/ . W tym filmie czuć aurę choroby, odchodzenia, ale też klimat Ameryki lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Film jest też ukłonem w stronę kultury queerowej, a zachwycają wręcz sceny muzyczne.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231390Post Hebius »

Raptularzyka raczej część VIII, chyba że cos pzregapiłem.
Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 część IX. i ostatnia:

31 VIIl


Wstyd i pieniądze
reż. Astrit Kabashi

Nagroda w Sundance, w sumie nie wiem, za co. Film składający się głównie z kolejnych zakończeń.

Shaban jest rolnikiem spod Prisztiny; kiedy za sprawą nieuczciwego brata-utracjusza traci pieniądze, przenosi się z żoną, trzema córeczkami i matką do stolicy, żeby szukać nowego, miejskiego życia i środków na utrzymanie. Pomaga mu rodzina żony: jej piękna, wrażliwa siostra i jej zamożny, bucowaty mąż, syn dzianych rodziców i właściciel dużego klubu.
I żeby było jasne: bieda, wykluczenie społeczne, trudności klasy ludowej to ważne tematy każdej sztuki, w tym filmu, ale ten jest po prostu do bólu wtórny, typu „biedny robotnik kupuje córce buty na urodziny i cieszy się, że ona się cieszy”, dżizas, to nie są czasy „Złodziei rowerów” i nowelek pozytywistycznych.

Plus jedno z licznych zakończeń filmu to najazd na pomnik Billa Clintona i wielką amerykańską flagę, pod którymi tańcuje ekipa z wesela. No więc: USA ma mnóstwo różnych win, ale nie należy do nich to, że Kosowo i Albania są w szponach skorumpowanych reżimów i żyją z wielkiego handlu dragami, którymi trują całą Europę. Wygodnie jest wskazać pałubę Clintona i powiedzieć: „Cierpimy przez złe Stany”, ale tak nie jest.

Ocalenie
reż. Emin Alper

Opowieść o konflikcie klanowym na południowo-wschodnich rubieżach Turcji przy granicy z Syrią. W jednej wiosce, podzielonej na część górną i dolną, mieszkają dwie społeczności; Bezari przez lata uzyskali przewagę ekonomiczną, ale szejk Hazeranów (przywódca polityczny i duchowy, przewodniczący miejscowej loży derwiszów) wzmocnił przed laty swój klan; kiedy przy granicy zaczęły się walki z Syryjczykami, wojsko zaproponowało układ: opuśćcie wioskę lub walczcie u naszego boku. Bezari porzucili swoje zamożne domy i żyzne pola, a biedniejsi Hazeranowie zostali i przejęli ich majątki. Po paru latach sytuacja się względnie uspokoiła, właściciele wracają do swoich domów, co rodzi konflikty.

Główny konflikt przebiega między dwoma braćmi: wykształcony, względnie liberalny i pragnący zgody między społecznościami Firket decyzją dziadka odziedziczył godność szejka, podczas gdy jego starszy brat, Mesut, został pominięty w dziedziczeniu –teraz, po latach, zaczyna śnić „prorocze sny” i zaczyna wyrastać w oczach mieszkańców wioski na proroka i przywódcę sekty, który powinien zastąpić koncyliacyjnego „zdrajcę”.

Alper starannie analizuje stopniową normalizację religijnego fanatyzmu, języka nienawiści, teorii spiskowych – coś, co rozpoznajemy od razu również w Polsce, nawet jeśli te dwa społeczeństwa są tak od siebie różne. Rzecz jest dobrze zagrana, dobrze sfotografowana, porządna. Film, niestety, oparty jest na wydarzeniach autentycznych – w 2009 roku w Kurdystanie ofiarą wiejskiej masakry padły 44 osoby.

Róża
reż. Markus Schleinzer

Do niewielkiej niemieckiej wioski wraca z wojny trzydziestoletniej żołnierz (Sandra Hüller, nagrodzona za tę rolę Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie), by objąć majątek po dawno zmarłej matce. Milkliwy odludek z twarzą oszpeconą od kuli powoli znajduje sobie miejsce w społeczności, która niespecjalnie może go pamięta, ale za to chętnie najmuje się do prac w gospodarstwie za brzęczącą monetę. Żołnierz rozwija gospodarkę, bierze ślub, rodzi mu się dziecko. Problem w tym, że pod grubym kaftanem ma ciało kobiety.

Podobnie jak w przypadku „Kąpieli diabła” Fiali, tak i tu scenariusz oparty jest nie o jedną konkretną postać, ale o mniej więcej trzysta podobnych przypadków na przestrzeni trzech stuleci (o jednym z nich możecie przeczytać w najnowszej książce Anny Brzezińskiej). Widać tu głęboką inspirację „Męczeństwem Joanny d’Arc” Dreyera (aż po kpiarską koronę ze słomy): powiększenia, skupienie na twarzach i spojrzeniach. Znakomicie pokazane jest ówczesne społeczeństwo, z jego obrzędami, kościelnymi hymnami i zwykłymi piosenkami (pod pewnymi względami przywodzi mi to na myśl „Aferim”, też zresztą sfilmowany w czerni i bieli). Dużo tu dobrego.

Niekiedy irytowały mnie nieco komentarze zza kamery, zbyt łopatologicznie tłumaczące motywacje bohaterów, które i tak są przecież jasne. Ale to drobiazg przy tym, jak dobrze „Róża” wypada w całości, idźcie koniecznie, nie tylko dla odtwórczyni głównej roli.
PS: Mam też wątpliwość, czy postać – by użyć dzisiejszej, anachronicznej nomenklatury – transpłciowego mężczyzny należy w narracji (i w tytule!) nazywać kobietą i kobiecym imieniem. Wolę, kiedy jest to „Albert Nobbs”, dajmy na to.

Najsamotniejszy człowiek w mieście
reż. Tizza Covi, Rainer Frimmel

Al Cook czyli Alois Koch to postać autentyczna: osiemdziesięcioletni miłośnik bluesa z Wiednia, który w wieku lat 15 zachwycił się Elvisem, sam nauczył się angielskiego i gry na gitarze, a potem całe życie spędził grając i nagrywając amerykańską muzykę, choć nigdy nie był w Stanach (podobnie zresztą jak Karol May). W filmie, który nazwano „wiedeńską odpowiedzią na Ariego Kaurismakiego”, gra samego siebie, czy raczej: użycza swojej persony bohaterowi filmu.
Al mieszka w starej wiedeńskiej kamienicy, w której się urodził; jest jej ostatnim lokatorem: wykupiona przez dewelopera, czeka na wyburzenie, a Ala zaczynają nachodzić nieprzyjemne postaci, próbujące na nim wymusić rezygnację z najmu. Musi podjąć jakieś decyzje.

Dużo tu odrapanych ścian, zamykanych po wielu latach sklepów, które mają – jak często w Wiedniu – wystrój witryn rodem sprzed trzech, czterech czy pięciu dekad, dużo wyburzanych kamienic z czasów Franza Josefa. Ten kameralny, niespieszny film jest nie tyle kinem społecznym, opowiadającym się po stronie lokatorów przeciwko lobby deweloperskiemu, ile raczej melancholijną opowieścią o odchodzącym w przeszłość dawnym Wiedniu i jego ekscentrykach. Wzruszające.

Modlitwa za umierających
reż. Dara Van Dusen

W 1973 ukazała się klasyczna pozycja, „Wisconsin Death Trip” Michaela Lesy, wyciąg z lat 1885-1900, pokazujący osobliwe i makabryczne wycinki gazetowe z terytorium hrabstwa Jackson, okraszone fragmentami prozy i zdjęciami. Wydarzenia pokazywane w filmie toczą się nieco wcześniej, ale mają tę samą aurę: przemieszanie pionierskiego życia znanego z westernów, niesamowitości i grozy.

W kilka lat po wojnie secesyjnej w lesie pod małym miasteczkiem w Wisconsin znaleziono zwłoki żołnierza. Szeryf (i zarazem pastor) Jacob (w tej roli piosenkarz i aktor Johnny Flynn, ostatnio grający Dickiego Greanleafa w nieudanym czarno-białym „Ripleyu”) zawozi zwłoki do miejscowego lekarza (John O’Reilly), który diagnozuje, że przyczyną śmierci jest dyfteryt. Reszta filmu jest po prostu poruszającą kroniką bezskutecznych prób ograniczania epidemii, kolejnych śmierci, desperacji, reakcji na zgony najbliższych.

Debiut pełnometrażowy Van Dusen jest ekranizacją powieści Stewarta O’Nana z 1999 roku i mam wrażenie, że z tekstu pozostało tam trochę rozmaitych aspektów historii niejasnych dla widza, a w żaden sposób nieujawnionych. Czemu jest problemem, że Jacob ma inne, nieangielskie imię i zna inny język? To przecież typowe dla imigrantów. Czemu powtarza do siebie „Nie znasz mnie”? Jakie obrazy wojenne go prześladują, czy to tylko trauma frontowa, czy coś istotnego dla opowieści?

Wprawdzie ostatnie sekwencje niekoniecznie mnie przekonują, nawet jeśli doceniam ich wizualną niesamowitość, ale całość wydaje mi się dość ciekawą propozycją.

*

I na tym koniec moich relacji z festiwalu, zrywam się półtora dnia wcześniej, żeby dojechać do Gdyni na stoisko nowego wydawnictwa Heca. W tym roku obyło się bez wielkich wpadek („Niezbyt wygórowane oczekiwania” były najgorsze, dość nieudane również „Papierowy tygrys” i „Mężczyzna, którego kocham”), sporo przyzwoitego kina środka, to znaczy człowiek nie żałuje, że przesiedział ten seans w kinie, ale też niczego mu to nie zmienia w głowie. Zdecydowanie najlepszy dla mnie „Tchórz” Dhonta, za nim „Clarissa” i „Daleko od brzegu”, na trzecim miejscu ex aequo „Wpatrując się w słońce”, „Człowiek epoki”, „Nawet Bóg nie pomoże” i „Róża”.
Obrazek
ODPOWIEDZ