Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutorach.
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Być może w przypadku bibliotek dostrzegają ich pozytywną rolę i uznają, że ta rola przewyższa straty materialne, jakie ponoszą z powodu istnienia tych instytucji.

- uzytkownik_konta
- Posty: 6907
- Rejestracja: 18-07-2018 15:54:11
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Podstawową funkcją bibliotek publicznych jest udostępnianie literatury każdemu chętnemu za darmo.
Słyszałem kiedyś takie stwierdzenie, że gdyby silnik spalinowy wymyślono dzisiaj, to by się nie przyjął - jakieś głośne, plujące ogniem, niebezpieczne urządzenie... Tak samo byłoby z bibliotekami. Gdyby to dzisiaj je wymyślono, założyciela pierwszej z nich by wyprowadzono z domu o 6 rano w kajdankach.
Może wyjaśnię: moim zdaniem ten system chyba nie jest dobrze dostosowany do obecnych uwarunkowań. I nie - nie wiem jak go dostosować, aby było lepiej. Ale i tak w Polsce mamy dość dobre rozwiązanie w porównaniu z niektórymi innymi państwami, tj. karalność udostępniania, ale nie pobierania. Co powiedziawszy, uważam że absurdem jest stawianie sprawy na zasadzie tego, jakoby było to złodziejstwo. Pani Suchocka pisze, że ją "okradają"; że "gdyby nikt nie wrzucał, to nikt by nie kradł"; pisze że "internetowe złodziejstwo". To nazewnictwo oraz przekładanie liczby pobrań na liczbę niesprzedanych książek jest w oczywisty sposób bardzo stronnicze i tylko zaciemnia obraz całego problemu; jest nacelowane tylko na własny zysk finansowy. Mam alergię na takich ludzi. Nie znam też innego przypadku "kradzieży", w którym okradziony nadal miałby to, co mu rzekomo ukradziono. W rzeczywistości nie jest to bowiem zabór żadnego mienia, lecz kopiowanie. Wreszcie, jest to nazywanie złodziejami ludzi, którzy nawet nie złamali prawa - legalnie pobrali coś, co ktoś inny udostępnił. Wygląda to tym gorzej, że są to ludzie, którzy zrobili to, bo interesował ich tekst danego autora.
Słyszałem kiedyś takie stwierdzenie, że gdyby silnik spalinowy wymyślono dzisiaj, to by się nie przyjął - jakieś głośne, plujące ogniem, niebezpieczne urządzenie... Tak samo byłoby z bibliotekami. Gdyby to dzisiaj je wymyślono, założyciela pierwszej z nich by wyprowadzono z domu o 6 rano w kajdankach.
Może wyjaśnię: moim zdaniem ten system chyba nie jest dobrze dostosowany do obecnych uwarunkowań. I nie - nie wiem jak go dostosować, aby było lepiej. Ale i tak w Polsce mamy dość dobre rozwiązanie w porównaniu z niektórymi innymi państwami, tj. karalność udostępniania, ale nie pobierania. Co powiedziawszy, uważam że absurdem jest stawianie sprawy na zasadzie tego, jakoby było to złodziejstwo. Pani Suchocka pisze, że ją "okradają"; że "gdyby nikt nie wrzucał, to nikt by nie kradł"; pisze że "internetowe złodziejstwo". To nazewnictwo oraz przekładanie liczby pobrań na liczbę niesprzedanych książek jest w oczywisty sposób bardzo stronnicze i tylko zaciemnia obraz całego problemu; jest nacelowane tylko na własny zysk finansowy. Mam alergię na takich ludzi. Nie znam też innego przypadku "kradzieży", w którym okradziony nadal miałby to, co mu rzekomo ukradziono. W rzeczywistości nie jest to bowiem zabór żadnego mienia, lecz kopiowanie. Wreszcie, jest to nazywanie złodziejami ludzi, którzy nawet nie złamali prawa - legalnie pobrali coś, co ktoś inny udostępnił. Wygląda to tym gorzej, że są to ludzie, którzy zrobili to, bo interesował ich tekst danego autora.
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Myślimy tutaj podobnie*. Za Ziobry były jakieś staranie żeby samo ściąganie ebooków też penalizować, ale nic z tego nie wyszło.
________
* Ale szanuję osoby o odmiennym zdaniu, takie jak pisarka Agnieszka Lingas-Łoniewska,
________
* Ale szanuję osoby o odmiennym zdaniu, takie jak pisarka Agnieszka Lingas-Łoniewska,
Na pewno żadnego ebooka tej pani nie ściągnę i nie przeczytam.Legalna kultura pisze:pisarka Agnieszka Lingas-Łoniewska, która na swoim Facebooku, w ostrych słowach zaatakowała czytelników, pobierających jej książki z nieoficjalnego źródła. „Uprzejmie informuję, że każda osoba, która czyta moje książki pobierając je z nielegalnych plików z internetu, nie jest godna, aby mnie czytać. Zapraszam do opuszczenia moich fanpage, grup fanowskich, etc. Złodziejom dziękuję!!!”

- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
No to pani będzie zadowolona. Co ona by miała z tego że byś ściągnął za darmo?
Są wydawnictwa, np. Vesper, które nie robią ebooków - nad czym bardzo boleję. Kiedyś wyjasnili (choć nie wprost, raczej tak między wierszami) że są małym wydawnictwem i boją się utraty rentowności na skutek masowego piractwa.
Oczywiście papier jest super ale w domu. Na wyjazdach to Kindle jest niezastąpiony. Takie dwa tygodnie to i tak mam ciężką walizkę (dobrze że ma kółka
), to nie wyobrażam sobie abym miał tachac jeszcze pięć książek w papierze 
Są wydawnictwa, np. Vesper, które nie robią ebooków - nad czym bardzo boleję. Kiedyś wyjasnili (choć nie wprost, raczej tak między wierszami) że są małym wydawnictwem i boją się utraty rentowności na skutek masowego piractwa.
Oczywiście papier jest super ale w domu. Na wyjazdach to Kindle jest niezastąpiony. Takie dwa tygodnie to i tak mam ciężką walizkę (dobrze że ma kółka
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Nie wiem, co by miała. Może nic. Może gdybym przeczytał ebooka, bym sięgnął po jakąś jej książkę w bibliotece, czyli w sumie też nic. Bo nie przypuszczam, bym przeczytał i się zachwycił i zaczął kupować jej powieści.
Swoją drogą chyba całego Martina przeczytałem z całkowicie pirackich ebooków ściąganych z Chomika (czasem to były nie pdf-y nawet a zdjęcia stron z książki
A zmieniając temat - w światku pisarsko-czytelniczym jest teraz burza wokół felietonu Krzysztofa Vargi, który napisał chyba coś bliskiego sercu u_keja, bo przeciwko temu 10% upragnionemu przez Dehnela i spółkę.
Książki niewarte uwagi | Varga: Polscy pisarze i pisarki – nie piszcie. Jest was za dużo
Ale nie mam dostępu do tekstu w Newsweeku, więc tylko anonsuję sprawę.

https://www.newsweek.pl/opinie/varga-po ... lo/enm9mfl

- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
To że pisarzy mamy za dużo to ja już pisałem kilkanaście postów temu 
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Kiedyś na Forum też mieliśmy za dużo osób piszących. Uważasz, że teraz jest lepiej, kameralność przełożyła się na jakoś treści? Bo ja miałbym wątpliwości.

- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Jest olbrzymia różnica, na forum nikt nikomu za posty nie płaci i dla nikogo to nie jest zawód. Natomiast pisarze chcą z tego żyć, i to oczywiście rozumiem. Ale skoro jest ich za dużo, a "moce przerobowe" czytelników ograniczone, to wszyscy chętni do pisania z tego nie wyżyją. Nie ma szans.
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- uzytkownik_konta
- Posty: 6907
- Rejestracja: 18-07-2018 15:54:11
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Tzn. nie powiedziałbym, że to źle z punktu widzenia interesu społecznego, że jest dużo. Uważam natomiast, że skoro jest ich tak dużo - tj. podaż jest tak duża - to nie mamy problemu z niską opłacalnością zawodu pisarza, więc nie jest potrzebna interwencja publiczna. Żyjemy w demokratycznym państwie prawnym, o rynkowym systemie gospodarczym. Interwencja publiczna w takim państwie możliwa jest wówczas, gdy będzie to dopuszczalne i konieczne w kontekście zasady proporcjonalności. Innymi słowy, interwencję publiczną w sprawie położenia finansowego pisarzy moglibyśmy prowadzić wówczas, gdyby ze względu na złą sytuację branży, podaż nowej literatury była tak niska, że miałoby to długofalowo negatywne skutki dla naszej kultury. Podstawowe prawidłowości ekonomiczne mówią nam, że jeżeli sytuacja pod względem stosunku podaży i popytu jest taka, jak teraz, to nie ma po co prowadzić interwencji celem podnoszenia podaży. Co więcej: jeżeli podaż zdaje się przerastać popyt (stąd niskie ceny pracy autorów), to wprowadzając regulacje, które podniosą ceny... zredukujemy popyt. Więc przepaść między jednym a drugim jeszcze się zwiększy. Nonsens.
Natomiast nie powiem, że ktoś powinien przestać pisać, bo uważam, że jak ktoś chce pisać nawet za darmo - to może to robić. Niech sobie pisze na zdrowie. Problem zaczyna się, gdy ktoś pisze coś, czego nikt nie chce czytać, w związku z czym wyciąga rękę do konsumentów lub podatników, żądając od państwa, aby mu coś tam zagwarantowało. W takiej sytuacji niech sobie sam zagwarantuje dochód, zatrudniając się np. w hipermarkecie.
Natomiast nie powiem, że ktoś powinien przestać pisać, bo uważam, że jak ktoś chce pisać nawet za darmo - to może to robić. Niech sobie pisze na zdrowie. Problem zaczyna się, gdy ktoś pisze coś, czego nikt nie chce czytać, w związku z czym wyciąga rękę do konsumentów lub podatników, żądając od państwa, aby mu coś tam zagwarantowało. W takiej sytuacji niech sobie sam zagwarantuje dochód, zatrudniając się np. w hipermarkecie.
- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
No o to mi chodziło. Z punktu widzenia kultury to oczywiscie dobrze że wydawane jest dużo książek. Niestety (dla autorów) większość z tego nie wyżyje, bo przy takich ilościach tytułów, większość sprzeda się bardzo słabo.
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Ciekawe, jak to wam się spodoba 
https://rynek-ksiazki.pl/aktualnosci/wy ... u-ksiazki/Rynek książki pisze:Poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Wydawnictwo Heca – biznesowy majstersztyk czy zagrożenie dla rynku książki?
Komentarz Zbigniewa Czerwińskiego
Jak informowaliśmy, Zygmunt Miłoszewski po 20 latach rozstał się z Grupą Wydawniczą Foksal i założył wydawnictwo Spółka Autorska Heca. Początkowo chciał jedynie samodzielnie wznowić swoje książki i uruchomić sklep internetowy, aby pozostawały dostępne dla czytelników. Rozmowy z innymi pisarzami pokazały, że z podobnym problemem mierzy się wielu uznanych autorów. Ich ważne książki zniknęły z księgarń, mimo że wciąż cieszyły się zainteresowaniem czytelników. To właśnie te doświadczenia stały się impulsem do założenia niezależnego wydawnictwa. Do projektu dołączyli już Jacek Dehnel, Jakub Szamałek i Wojtek Miłoszewski.
Do naszej redakcji wpłynął komentarz Zbigniewa Czerwińskiego przedstawiający szerszą analizę potencjalnych konsekwencji tego przedsięwzięcia dla rynku książki. Publikujemy go poniżej.
Uznałem, że jako człowiek, który kilkadziesiąt lat był wydawcą, nie mogę nie skomentować utworzenia wydawnictwa przez uznanego autora wyłącznie dla innych gwiazd rynku, by wydawać ich sprawdzone rynkowo hity.
Wydawnictwo założone przez autorów bestsellerów wyłącznie dla rynkowych pewniaków to ruch czysto biznesowy, który maksymalizuje zyski gwiazd, ale uderza w fundamenty rynku książki.
W skrócie można to określić jako przejęcie pełnej kontroli nad tzw. „cash cow” (wydajną maszynką do zarabiania, lub „dojną krową”) i wycięcie pośredników na etapie, na którym ryzyko rynkowe wynosi niemal zero.
Niestety to zjawisko dobrze jest znane w biznesie i popkulturze.
W 1919 roku największe gwiazdy kina tamtych lat – Charlie Chaplin, Mary Pickford, Douglas Fairbanks i D.W. Griffith – założyli własną wytwórnię Unitet Artists, aby uniezależnić się od wielkich hollywoodzkich producentów. Aktorzy i reżyserzy mieli już wyrobione nazwiska i gwarantowaną widownię. Tworząc własne studio, przestali dzielić się zyskami z dyrektorami wytwórni i sami decydowali o dystrybucji własnych hitów.
Także w branży muzycznej jest wiele podobnych przykładów, kiedy uznani artyści (jak The Beatles zakładający Apple Records czy Jay-Z budujący Roc Nation) tworzą własne struktury, by wydawać własne katalogi oraz płyty innych topowych wykonawców. Gwiazdy zatrzymują większość przychodów z praw autorskich, bazując na fakcie, że ich utworów nie trzeba już promować od zera.
Czym różni się ten model od tradycyjnego wydawnictwa?
Odwrócenie ryzyka: Tradycyjny wydawca finansuje 9 porażek z zysków z 1 bestsellera. Autor-wydawca tworzy klub, w którym są tylko te jedynki z dziesięciu.
Siła przetargowa: Autorzy nie potrzebują już wydawcy do budowania marki (bo markę zbudowali wcześniej, przy olbrzymim udziale i kosztach ponoszonych przez wydawców), potrzebują jedynie sprawnej logistyki i druku.
Marża: Dystrybucja gotowego hitu generuje znacznie wyższy czysty zysk na egzemplarzu niż wprowadzanie nowości na rynek.
Choć stworzenie takiego wydawnictwa jest genialnym ruchem biznesowym dla samych autorów, z punktu widzenia całego ekosystemu książki i rozwoju kultury stanowi zjawisko wysoce ryzykowne.
Widzę takie zagrożenia i minusy tej sytuacji:
1. Zniszczenie tradycyjnego modelu subsydiowania kultury
Tradycyjne wydawnictwo działa trochę jak fundusz venture capital. Zarabia na 1–2 bestsellerach na 10 wydanych tytułów, a zyski z tych niewielu hitów przeznacza na finansowanie trudniejszych, debiutanckich lub niszowych książek (np. poezji, reportażu, ambitnej eseistyki czy trudnej literatury pięknej).
Gdy gwiazdy zabierają swoje bestsellery do własnego „zamkniętego klubu”:
Tradycyjni wydawcy tracą główne źródło przychodów.
Kurczy się budżet na wydawanie nowych, nieznanych autorów.
Rynek staje się bardziej zachowawczy – wydawcy przestają ryzykować, bo nie mają z czego pokrywać ewentualnych porażek.
2. Monokultura i homogenizacja oferty
Skupienie uwagi rynku, kanałów dystrybucji i powierzchni reklamowych w księgarniach na wciąż tych samych, wypróbowanych nazwiskach ogranicza różnorodność czytelniczą.
Umocni się zjawisko „bestselleryzacji”. Czytelnicy kupują to, co jest najbardziej widoczne, a najwidoczniejsza staje się oferta wydawnictwa gwiazd.
Brak dopływu świeżej krwi. Nowi autorzy mają problem z przebiciem się, ponieważ media, recenzenci i sieci księgarskie koncentrują się na produktach z gwarantowanym zwrotem z inwestycji.
3. Pogłębienie rozwarstwienia dochodów autorów
Rynek książki i tak zmaga się z ogromną nierównością: zaledwie ułamek procenta pisarzy utrzymuje się wyłącznie z pisania, podczas gdy większość zarabia poniżej płacy minimalnej.
Wyprowadzenie najbogatszych katalogów poza ogólny system wydawniczy sprawia, że bogaci autorzy stają się jeszcze bogatsi, a cała reszta środowiska traci zaplecze finansowe. Odcina to również tradycyjnych wydawców od prowizji, z której opłacali oni redaktorów, korektorów i tłumaczy pracujących nad mniej komercyjnymi pozycjami.
4. Zagrożenie dla różnorodności gatunkowej i eksperymentu
Bestsellery zazwyczaj wpisują się w sprawdzone konwencje (popularne kryminały, romanse, literatura obyczajowa, poradniki). Wyniesienie ich do rangi osobnego filaru branży sprawia, że kapitał kulturowy zaczyna obsługiwać wyłącznie formaty nastawione na masowy odbiór.
Literatura eksperymentalna, wymagająca czy niszowa zostaje zepchnięta do niszy akademickiej lub niszowych wydawnictw niszczonych przez brak płynności.
Słabnie funkcja wydawcy jako „kuratora kultury” – podmiotu, który czasem wydaje książkę nie dla zysku, lecz z poczucia jej wagi społecznej lub artystycznej.
5. Oligopolizacja dystrybucji i walka o półkę
Wydawnictwo skupiające wyłącznie gigantów ma potężną siłę negocjacyjną wobec sieci księgarskich (zarówno stacjonarnych, jak i e-commerce). Może dyktować warunki, żądać najlepszych ekspozycji na witrynach i w algorytmach poleceń. W efekcie mniejsi wydawcy są wypychani z widoczności, co tworzy błędne koło – czytelnik nie kupi książki, o której istnieniu nawet się nie dowiedział.
Podsumowując powtórzę, że wydawnictwo założone przez autorów bestsellerów wyłącznie dla rynkowych pewniaków to ruch czysto biznesowy, który maksymalizuje zyski gwiazd, ale uderza w fundamenty rynku książki.
Odebranie tradycyjnym wydawcom najbardziej dochodowych katalogów pozbawia ich kapitału, z którego dotąd finansowano debiuty, literaturę niszową oraz ryzykowne projekty artystyczne. W efekcie zyskowna komercja odcina finasowanie dla rozwoju nowej kultury, napędzając monopoliczną „bestselleryzację”, w której bogaci autorzy stają się bogatsi, a różnorodność czytelnicza ulega stopniowej marginalizacji.
Zbigniew Czerwiński

- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Czyli innymi słowy zdaniem tego pana ci co piszą dobrze i na tym zarabiają, mają dalej siedzieć w układzie typu "dostaję 1 zł od sprzedanego egzemplarza"
ale za to wydawnictwo będzie miało kasę na wydawanie miernot.
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- mike
- Posty: 12133
- Rejestracja: 26-05-2019 23:22:28
- Lokalizacja: outer space
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Co by się stało, gdyby wydawcy i sklepy zaczęli promować nowych pisarzy? Nie wiem jak działa rynek książek, ale np. na takim YouTubie jest skowyt influencerów, bo algorytm jakiś czas temu zaczął ludziom polecać nowe kanały kosztem starych, którym spadły wyświetlania, a w najlepszym razie rozwój utknął w martwym punkcie. Czy sławni pisarze tez zaczęliby jojczeć w podobnej sytuacji na rynku literackim?
Czyli mechanizm bardzo podobny do social mediowego, gdzie algorytmy popędzają twórców do jak najczęstszego publikowania treści co by nie wypaść z obiegu.perplexity.AI pisze: Varga jest znany z ostrego, ironicznego stylu i krytyki polskiej kultury masowej. Jego opinia wpisuje się w szerszy, powtarzający się w publicystyce nurt narzekań na „inflację literacką” – zjawisko, w którym rośnie liczba debiutów i tytułów, ale maleje liczba odbiorców i znaczenie literatury w przestrzeni publicznej.
Nawet przy 10% od ceny okładkowej (co jest głównym postulatem Unii Literackiej) autorzy zarobiliby nadal niewiele – 5 zł od książki, bo realna cena sprzedaży (z promocjami, rabatami) jest znacznie niższa niż cena okładkowa. Varga ironizuje, że lepszym rozwiązaniem byłoby wręcz, aby większość pisarzy „stała się tak bogata, żeby nie musieć już w ogóle pisać” – co jego zdaniem „byłoby z pożytkiem dla literatury”. Paradoks („pisarzy za dużo, czytelników za mało”) wskazuje na strukturalny problem: rynek nie jest w stanie „ strawić” takiej liczby premier, a więc presja na promocję i „bycie widocznym” jest większa niż na jakość. Autorzy piszą szybko i dużo, bo inaczej „znikają z pola widzenia” – mechanizm, który Varga wcześniej opisywał w kontekście współczesnej literatury. W starszych felietonach Varga wielokrotnie atakuje „pseudotwórców i pisarzy, którzy piszą tylko po to, żeby się wypisać” – czyli ludzi, dla których pisanie jest formą autopromocji lub sposobem na „bycie kimś”, a nie rzemiosłem czy sztuką.
Na forum powinien panować zdrowy balans (nie za dużo nie za mało), większość ludzi w miarę się kojarzyć, bez zawłaszczania prywatą szczególnie topików dedykowanych konkretnym treściom. Najwyższa pora odłożyć na bok marzenia o przeintelektualizowanym bełkocie rodem z facebooka - nie to że całkiem skreślam, nawet niekiedy doceniam, ale mierzi mnie ten ich opasły styl ukwiecony fancy słownictwem, gdzie jak na dłoni widać, że to najpierw było pisane z głowy prostym językiem, a później sto razy modyfikowane, co by autorzy wypadli na mądrzejszych niż wyglądają. A forum jak forum, nie szukaj winy w użytkownikach.
- uzytkownik_konta
- Posty: 6907
- Rejestracja: 18-07-2018 15:54:11
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Ten komentarz najlepiej pokazuje po pierwsze oderwanie od rzeczywistości autora; po drugie - co tym ludziom się marzy. Dla nich w tym systemie nie ma miejsca na działalność dla zysku wydawców. Dla nich wydawcy to jakieś zło konieczne (to chyba nie jest, do cholery, normalne?!). Narzekają na sytuację w branży, ale kiedy autorzy podejmują logiczne i zasługujące na uznanie (bo wreszcie wykazali inicjatywę i postanowili skorzystać ze swojej siły przebicia) posunięcie biznesowe, to nagle stają się tymi złymi - bo śmieli pomyśleć też o pieniądzach. Więc powiedzmy sobie wprost: ci ludzie nie chcą żadnej gry podaży i popytu; żadnego rynku - chcą aby czytelników dojono, a im płacono wysokie honoraria - co samo w sobie jest poniekąd naturalne - ale gdy okazuje się, że nie radzą sobie w grze, w którą gramy w tym kraju wszyscy - dochodzą do wniosku, że AKURAT ONI powinni mieć specjalne zasady. Obrzydliwe. I przerażające, że ludzie tego pokroju roszczą sobie prawo do bycia liderami opinii. Kładą ludziom bzdury do głów.
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora

https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-RJacek Dehnel na FB pisze:
Jak wszyscy zapewne wiecie, dołączyłem do nowego wydawnictwa, Spółki Autorskiej Heca, założonej przez Zygmunta Miłoszewskiego na zasadzie „książki od szczęśliwych autorów”, czyli pierwszego fairtrade’owego wydawnictwa nad Wisłą. Z tej okazji portal wydawców Rynek Książki postanowił uraczyć nas dłuższym komentarzem pana Zbigniewa Czerwińskiego, przez lata szefa wydawnictw Bellona i Świat Książki, a teraz prezesa SAiW Copyright Polska, czyli tego stowarzyszenia, które rozlicza pieniądze z PLR (public lending rights, rekompensaty za wypożyczenia biblioteczne). I jest to kuriozum, jakich mało.
Moja koleżanka zwróciła uwagę, że wcześniej był to komentarz na fejsie i że nosi liczne cechy tekstów generowanych przez AI; czy tak jest – nie wiem, nie stosuję, nie znam się, ale jeśli tak, to byłoby to kolejne piętro kuriozalności. Poprzestańmy jednak po prostu na treści.
*
Otóż pan Czerwiński twierdzi, że ni mniej, ni więcej, „uderzamy w fundamenty rynku książki”. Proszę, proszę. Przez lata słyszeliśmy jako autorzy, że jak się nie podoba, to fora ze dwora, załóżcie sobie własne wydawnictwo i posmakujcie tej gorzkiej doli. Zrobiliśmy to – i proszę, okazuje się, że według prominentnego wydawcy wszystko to się zaraz zawali od jednej Hecy. Ja wiem, że Zygmunt w trzy dni na Targach w Gdyni wyprzedał czytelnikom całe nakłady (dziękujemy Wam za obecność i zakupy! ❤) ale nie sądzę, żeby fundament od tego skruszał. Zwłaszcza, że jest od dawna przegniły.
A czemu uderzamy? Pan Czerwiński zarzuca nam, że to założenie wydawnictwa przez bestsellerowych autorów to „przejęcie pełnej kontroli nad tzw. „cash cow” (wydajną maszynką do zarabiania, lub „dojną krową”) i wycięcie pośredników na etapie, na którym ryzyko rynkowe wynosi niemal zero.” Nie jest miło być nazwanym krową, nawet i dojną, ale mniejsza o to: pragnę zauważyć, że jako pisarze-dojne krowy mamy przyrodzone prawo do „pełnej kontroli” nad samymi sobą, co wynika z całego mnóstwa praw, od praw człowieka po prawo wolności gospodarczej.
*
Dalej Czerwiński maluje wizję idyllicznego świata, w którym my, dojone na potęgę krowy, finansowaliśmy naszym mlekiem biednych debiutantów, redaktorów, korektorów, a teraz tego wszystkiego nie będzie, łolaboga, uderzyliśmy w Janków Muzykantów. Jest to oczywiście łgarstwo, na wiele różnych sposobów.
Po pierwsze, autor czy autorka podpisuje umowę na swoją książkę, a nie na finansowanie innych tytułów przez wydawcę. Te pieniądze po prostu wydawca chowa do kieszeni i jeśli uzna, że opublikowanie jakiegoś debiutu mu się opłaci (albo finansowo, albo "dla honoru domu", albo ze względu na szansę na nagrodę), to wyda. Pieniądze zabrane innym autorom nie mają żadnej pieczątki "na debiuty". Co więcej, mój powieściowy debiut czekał cztery lata na wydanie, a ukazał się dopiero kiedy jedna wydawczyni uznała, że się to jej po prostu opłaci. I opłaciło się bardzo (bo podpisałem fatalną umowę „to jest umowa standardowa, taką podpisują wszyscy”, co było typowe – debiutant „musi płacić frycowe”, stanowi „ryzyko”, itd. itp.; nikt tu nie mówił o jakimś funduszu z bestellerów).
Oczywiście potencjalnie moglibyśmy sobie wyobrazić taką umowę wspierającą debiutantów: "Panie Jacku, tu obcinamy Panu ze sprzedaży każdego egzemplarza złotówkę i po osiągnięciu 10 tys. egzemplarzy, dajmy na to, będzie Pan sobie mógł wybrać debiutantkę czy debiutanta." Więcej: byłbym do tego nawet skłonny, żeby potem takim funduszem dysponować. Tak się bowiem składa, że wielokrotnie wspierałem różnych debiutantów i debiutantki z ich pierwszymi czy drugimi książkami - nie chwalę się tym, ale są wśród nich również książki, które potem podostawały różne ważne nagrody. Namawiałem moich wydawców, pisałem listy polecające, organizowałem spotkania biznesowe. I czasem się udawało - ale bardzo często nie. I czy mogłem wtedy powiedzieć: "Halo, przynoszę wam tłuste tysiaki, dajcie trochę na tę książkę, skoro to wspiera debiuty"? Nie, nie mogłem.
Ale jest znacznie gorzej. Wielokrotnie proponowałem różnym wydawcom rozmaite moje książki - czy to własne, czy przekłady - i czasem coś mi się udawało, ale częściej słyszałem, że to się nie sprzeda, więc nie ma szans na druk, że to nie jest rynkowe, że oni w to nie wchodzą. Więc już nawet nie jest kwestia jakichś fikcyjnych debiutantów, tylko TEGO SAMEGO AUTORA, który słyszy, że to po prostu nie wyjdzie, bo nie jest dość kasowe. A, dodajmy, nie wydawałem w firmie "Pazera i Harpagon", tylko w najważniejszych wydawnictwach wysokoliterackich w tym kraju. Moje własne „bonusowe tysiaki na ambitną literaturę” nie finansowały nawet mojej własnej ambitnej literatury.
*
I żeby było jasne: nic do tego nie mam. Wydawca jest przedsiębiorcą i to normalne, że wydaje książki, które przynoszą mu JAKIŚ zysk, niekoniecznie finansowy, ale np. wizerunkowy; nie widzę w tym niczego nagannego. Natomiast nie rozumiem, czemu tę akurat jego działalność kredytować mają autorzy nazwani przez p. Czerwińskiego "dojnymi krowami", którzy tymczasem bezczelnie "przejęli kontrolę" nad tymi "dojnymi krowami", czyli samymi siebie?
Cieszę się jednak, że ten tekst powstał – po raz pierwszy przeczytałem wprost, że jeśli autor decyduje, gdzie wydaje i korzysta z prawa do podejmowania decyzji biznesowych, to "uderza w podstawy rynku książki". Dotychczas kiedy porównywałem autorów do chłopów pańszczyźnianych, wydawcy reagowali oburzem, że ich „obrażam”, tymczasem wreszcie prominentny członek ich społeczności wprost powiedział, że traktuje nas nawet nie jak chłopów pańszczyźnianych, a jak bydło do dojenia, które "dla dobra wszystkich" nie powinno dysponować wolnością osobistą, w tym wolnością podpisywania umów na wydawanie własnej twórczości.
*
A co z Hecą? Widzę trzy możliwości rozwoju sytuacji (również jeśli chodzi o los debiutantów i mniej kasowych twórców):
1. Heca nie wypali, rynek pozostanie w ustawieniach dotychczasowych. Debiutanci będą w tak samo słabej sytuacji, jak obecnie.
2. Heca wypali, ale wydawcy uznają, że nie będą się dostosowywać do zmiany sytuacji, więc coraz więcej autorów, zwłaszcza dobrze zarabiających, będzie uciekało z niekorzystnej dla siebie współpracy z wydawcami tradycyjnymi; powstaną nowe wydawnictwa autorskie, rozkwitną firmy self-publishingowe, część z tego wypali, część nie wypali, część tradycyjnych wydawców padnie, rynek się zmieni. Wielcy wydawcy kogoś będą musieli wydawać, a wyjadacze nie pójdą na dotychczasowe warunki - więc warunki dla debiutantów pozostaną wprawdzie tak samo kiepskie, ale będą mieli większe szanse na wydanie książki.
3. Heca wypali, a wydawcy uznają, że muszą się dostosować. Przynajmniej niektórzy z nich zaczną dawać wyższe procenty, wyższe zaliczki, bardziej przejrzyste warunki współpracy. Czyli będą konkurowali nie tylko ze sobą nawzajem, ale również o dobrostan autorów (pisarzy i tłumaczy), dzięki czemu cały system stanie się bardziej przejrzysty i uczciwszy. Rynek się zmieni, na lepsze. Debiutanci zyskają na tym, jak wszyscy autorzy. Po prostu wydawcy będą musieli oddawać większą część tortu i konkurować bardziej o autorów, w tym tych nowych.
Dawno już pisałem, że polski rynek przez wydawców został ustawiony jako rynek hazardowy, to znaczy zaliczki są śmiesznie niskie, w wysokości kilku minimalnych krajowych miesięcznych pensji za książkę (pisaną rok lub dwa), więc kupują dużo, obstawiają sobie różne stawki i z czymś im wychodzi; a jak wychodzi, to zaczynają tam wkładać więcej pieniędzy na promocję, itd. Opłaca im się wydawać dużo i byle jak, po czym obserwować, która rybka bierze. A zatem de facto ich hazard jest kredytowany przez fatalne warunki finansowe dla pisarek i pisarzy, których książki są promowane na pół gwizdka i króciutko, tyle, ile trzeba sprawdzić, czy rybka wzięła - ze dwa miesiące. Potem książka promocyjnie umiera, chyba, że dostanie jakąś nominację czy nagrodę. A później, kiedy już wygaśnie licencja – wydawcy zasadniczo nie są zainteresowani utrzymaniem książki na rynku i jej wznawianiem. Dlatego, między innymi, Heca tak odpaliła: bo (i nie jest to sytuacja wyjątkowa, tylko typowa dla pisarek i pisarzy w Polsce) wszyscy mamy backlistę przy sobie. Te dochody leżały na ulicy, a Zygmunt postanowił się po nie schylić. I oby mu (a zarazem nam) wyszło.
obrazek: William Henry Davis (1786–1865), krowa rasy Hereford.

- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
A tak, widziałem ich stoisko w Gdyni.
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
- marcin
- Posty: 18272
- Rejestracja: 25-07-2018 22:48:12
- Lokalizacja: PL
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
Nie
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
No to jeszcze dla porządku:
https://rynek-ksiazki.pl/aktualnosci/zb ... awniczych/Rynek książki pisze: Czwartek, 6 sierpnia 2026
Zbigniew Czerwiński o odpowiedzialności za całość ekosystemu – odpowiedź na teksty wokół autorskich inicjatyw wydawniczych
Cieszę się, że mój tekst – nawet w sezonie ogórkowym – wywołał dyskusję, szkoda, że głownie emocjonalną, a nie merytoryczną. A przecież dyskusja, jaką wywołało powstanie oficyn tworzonych przez uznanych pisarzy, dotyka samego serca rynku książki.
Pan Jacek Dehnel w swoim artykule skutecznie punktuje patologie branży (praca za minimalne zaliczki, brak promocji po 2 miesiącach, porzucanie backlisty). I stawia sprawę ostro: autorzy zostali uznani za „dojne krowy”, a wydawcy jedynie wyciągają ręce po marże, nie oferując nic w zamian, poza „hazardowym” wypuszczaniem setek tytułów na żywioł.
To efektowna i nośna retoryka, ale opiera się na głębokim nieporozumieniu (mam nadzieję niezamierzonym), czym w swej istocie jest instytucja wydawnicza. Wydawnictwo to nie tylko pośrednik pobierający prowizję za spełnienie usługi wydawniczej, a tym bardziej nie fundusz finansowy z osobistym kontem dla każdego pisarza. Wydawnictwo to zespół ludzi, sprzęt i infrastruktura oraz bufor bezpieczeństwa finansowego. Przychody generowane ze sprzedaży tytułów z czołówek list bestsellerów nie są wolnym zyskiem, który wydawca ukrywa w kieszeni. To właśnie te środki utrzymują w ruchu cały ten aparat: opłacają stałe etaty redaktorów, korektorów, składaczy i grafików, finansują obsługę prawną, logistykę oraz pozwalają przetrwać wielomiesięczne zatory płatnicze w relacjach z sieciami dystrybucyjnymi.
Uznani autorzy mają pełne prawo do decydowania o swoim dorobku i kształtowaniu ścieżki zawodowej – wolność gospodarcza jest fundamentem. Warto jednak nazwać rzeczy po imieniu: model, w którym grupa najpopularniejszych twórców zabiera swoje sprawdzone rynkowo hity do zamkniętego, własnego kręgu, nie jest uzdrowieniem rynku. Jest „konsumpcją kapitału marki” (nazwiska autora lub tytułów), która w większości przypadków wyrosła i została zbudowana często wieloletnim nakładem pracy oraz ryzykiem tradycyjnych domów wydawniczych.
Krytykowany przez pana Dehnela tzw. „model hazardowy” nie wynika z chciwości wydawców, lecz z tragicznie niskiego poziomu czytelnictwa. Przy średnich nakładach rzędu 2–2,5 tys. egzemplarzy, ryzyko klapy finansowej każdego nowego projektu jest ogromne. Tradycyjny wydawca bierze to ryzyko na siebie. Gdyby wydawcy publikowali wyłącznie to, co ma 100 proc. gwarancji zwrotu, na rynku ostałoby się kilkunastu autorów, a progów wydawnictw nigdy nie przekroczyłby żaden debiutant.
Wydawnictwa autorskie, skupione na obsłudze uznanych nazwisk, nie rozwiążą problemu rynku książki, nie poprawią sytuacji młodego pokolenia pisarzy. Czy Heca lub podobne inicjatywy będą gotowe zaryzykować kilkadziesiąt tysięcy złotych na budowę marki całkowicie nieznanego autora od zera, wiedząc, że 8 na 10 takich prób kończy się stratą? Szczerze w to wątpię.
Jeśli z rynku tradycyjnego znikną najbardziej zyskowne pozycje, ucierpią na tym właśnie debiutanci oraz autorzy literatury ambitnej, trudnej i niszowej, bo zniknie infrastruktura zdolna ich w ogóle wydać.
Nie apeluję o traktowanie autorów jak „dojnych krów”. Apeluję o dojrzałe spojrzenie na branżę książki jako połączony ekosystem. Osłabienie tradycyjnych oficyn poprzez wyprowadzenie najcenniejszych katalogów nie uzdrowi rynku książki, nie poprawi doli początkujących twórców – sprawi jedynie, że próg wejścia na rynek stanie się jeszcze wyższy, a liczba czytających na pewno się nie zwiększy.
A z drugiej strony życzę udziałowcom Wydawnictwa Heca sukcesu, bo każda sprzedana książka, każdy nowy czytelnik, to powód do zadowolenia.
Zbigniew Czerwiński

- Hebius
- Posty: 20039
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Stan czytelnictwa w Polsce: o czytelnikach, autorach, tłumaczach, rynku wydawniczym, polityce cenowej i dystrybutora
I odpowiedź Jacka Dehnela
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-RJacek Dehnel na FB pisze:
W odpowiedzi na moją polemikę, w której nie zgadzałem się być traktowany jak dojna krowa bez prawa decydowania o własnej karierze, pan Zbigniew Czerwiński napisał kolejny tekst (link w komentarzu).
Zasady dyskusji są od czasów antycznych mniej więcej takie same: stawia się tezę i ją argumentuje, na to dyskutant wrzuca kontrargumenty, które trzeba albo obalić – albo dyskusję przegrać. Powtórzenie tezy czy argumentu, niestety, kontrargumentów nie zbija. Uczymy się tego w wieku lat kilku, kiedy z dyskusji typu: „ – Chcę ciastko! – Dostaniesz ciastko jak zjesz obiad. – Ale ja chcę ciastko!” przestawiamy się na bardziej wysublimowane strategie przekonywania. Cóż, jednak nie wszyscy, ponieważ pan Zbigniew Czerwiński postanowił właściwie powtórzyć swoją tezę i argument: że niby autorzy mają prawo do wolności gospodarczej i mogą wydawać, gdzie chcą, ale tak naprawdę nie rozumieją, czym jest wydawca i mają obowiązek utrzymywać ze swojej pracy całe działanie wydawnictwa, bo dzięki temu utrzymują ambitnych debiutantów. Otóż: nie.
Po pierwsze, panu Czerwińskiemu najwyraźniej umknęło, że Spółka Autorska Heca zaczęła od wydawania naszych backlist – bo nasi wydawcy nie dbali o to, żeby nasze książki były w stałym obiegu. Skoro te pieniądze leżały na ulicy, to trzeba było się po nie, drodzy Państwo, schylić i zaproponować. Tym bardziej śmieszy teza, jakobyśmy „wyprowadzili z oficyn najcenniejsze katalogi” – panie kochany, niczego nie musiałem „wyprowadzać”, bo cały ten katalog od dawna był u mnie. Porzucony.
Po drugie, jest osobliwym pomysłem, że kiedy korzystamy z samych siebie, konsumujemy kapitał marki „która w większości przypadków wyrosła i została zbudowana często wieloletnim nakładem pracy oraz ryzykiem tradycyjnych domów wydawniczych.” Nasza marka została zbudowana wieloletnim nakładem pracy przede wszystkim nas, autorów, ponieważ napisaliśmy przez te lata ileś książek i za każdym razem oznaczało to nasze ryzyko. A także oznaczało nasz wkład finansowy, bo podpisywaliśmy (o czym wspominałem, a czego pan Czerwiński najwyraźniej nie zauważył) oferowane nam niekorzystne umowy, czyli – jak usłyszałem po latach – „płaciliśmy frycowe”. Albo, drodzy Państwo, bierzecie frycowe, albo jojczycie, że „ponosiliście ryzyko”. A nie, że i pobieracie, i jojczycie. Nie wiem, czy każda z moich książek przyniosła wydawcy zysk na czysto, ale jestem przekonany, że każdy wydawca, z którym współpracowałem, na tej współpracy zarobił, nie stracił, podobnie jak wydawcy moich kolegów z Hecy. Więc ryzyko było może i przy debiucie, ale przy każdej kolejnej książce było to – by użyć dojarskiej metafory pana Czerwińskiego – bezpieczne przystawianie się do mojego wymienia.
„Wydawnictwa autorskie, skupione na obsłudze uznanych nazwisk, nie rozwiążą problemu rynku książki, nie poprawią sytuacji młodego pokolenia pisarzy” – rzuca krytycznie pan Czerwiński. Ale tak się zabawnie składa, że nie mamy takiego obowiązku! Celem Hecy (jak bodaj każdego wydawnictwa) nie jest sanacja rynku w Polsce, tylko wydawanie książek i sprzedawanie ich naszym czytelniczkom i czytelnikom. Nie słyszałem, prawdę mówiąc, żeby wydawnictwo Bellona, któremu pan Czerwiński szefował przez 36 lat, rozwiązało problemy rynku książki czy poprawiło sytuację młodego pokolenia pisarzy. A jakoś nie atakujemy go za to – więc czemu nas za to atakuje? Przez 36 lat miał chyba czas, żeby rozwiązać te problemy, jeśli według niego to jest podstawowy powód istnienia wydawnictw?
Ale jest jeszcze zabawniej. Otóż tak się składa, że Zygmunt Miłoszewski i ja akurat zrobiliśmy dla obu tych spraw naprawdę dużo. Wymyśliliśmy i założyliśmy Unię Literacką, która zorganizowała system zapomóg w pandemii i zebrała na to (niemałe) pieniądze, założyła szereg rezydencji pisarsko-translatorskich, zamówiła pierwsze na rynku umowy modelowe, broniące nieświadomych autorów przed wyzyskiem, stworzyła system pomocy prawnej, a także przeprowadziła pierwsze badania umów wydawniczych; wymyśliła i współorganizowała serię debat, których podsumowaniem stał się pierwszy w Polsce kodeks dobrych praktyk wydawniczych, Konwencja Krakowska (niepodpisana, dodajmy, przez wydawnictwo Bellona ani przez wydawnictwo Świat Książki, któremu pan Czerwiński również szefował); braliśmy latami udział w pracach nad ustawą o ubezpieczeniach autorskich i ustawą o książce. WSZYSTKIE te rzeczy łączyły się z rozwiązywaniem problemu rynku książki i sytuacją autorów, w tym autorów młodego pokolenia. Myślę zatem, że w świecie rygorystycznych sądów pana Czerwińskiego nasza Spółka Autorska Heca ma nieco większe prawo istnieć, niż Bellona, która takich działań – o ile mi wiadomo – nie przeprowadzała.
Pan Czerwiński apeluje wreszcie, żebyśmy przyjęli „dojrzałe spojrzenie na branżę książki” i nie wygłupiali się z tą wolnością podpisywania umów, bo ucierpią ambitni debiutanci i niszowa literatura. No więc na koniec prosta sprawa: Bellona przez 36 lat działalności pana Czerwińskiego wydała mnóstwo bestsellerowych książek, choćby wziętego Remigiusza Mroza, znanego prze-pisarza komercyjnego Sławomira Kopra, evergreeny w rodzaju lektur szkolnych Prusa i Sienkiewicza czy lubiane pozycje typu „Cokolwiek z Auschwitz” i „Cokolwiek z Hitlerem”. Tak się składa, że z uwagą śledzę nowości ambitnej literatury w Polsce, ale muszę przyznać z niejakim wstydem, że nie przypominam sobie serii poetyckiej Bellony, ambitnej eseistyki, pisarskich eksperymentów, fascynujących, zdobywających najważniejsze nagrody literackie debiutantów. Być może moja pamięć jest dziurawa, być może nie skupiałem się na niszowym aspekcie działalności wydawniczej Bellony, może nie pamiętam tych licznych – zważywszy monumentalną skalę komerchy – nominacji do Gdyni, Kościelskich, Paszportów Polityki, Nike, Gombrowicza, Szymborskiej…
Jeśli faktycznie miałbym uwierzyć w tę piękną opowieść pana Czerwińskiego, jak to zatroskany wydawca w słusznej sprawie doi dojnych autorów bestsellerów i ozłaca Janków Muzykantów, to wyjścia są dwa: albo przedstawi teraz długą listę takich osiągnięć wydawnictwa, albo musi ogłosić, że polscy ambitni debiutanci, poetki, eseistki mają w Bellonie jakieś ogromne – z tajemniczych przyczyn leżące odłogiem – fundusze na wydanie niezliczonych arcydzieł, z których dziewięć na dziesięć przepadnie, ale jedno na dziesięć zyska wielką sławę.
Proszę zatem albo listę, albo ogłoszenie. Karty na stół.
