Właśnie byłem w kinie

Książka, kino, teatr, muzyka, telewizja...
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 226398Post Achim »

„ Mów mi Jimpa”
Ten film jest jak wiosna : ciepły, optymistyczny i błyskotliwy . Reżyserka Sophie Hyde / „ Powodzenia Leo Grande”/ opowiada w nim na poły autobiograficzną historię australijskiej reżyserki filmowej/ mistrzowska Olivia Colman/, która wraz z mężem i niebinarnym dzieckiem podróżuje do Amsterdamu do ojca/ John Lithgow/ , działacza gejowskiego , by omówić z nim swój planowany film, inspirowany historią własnej rodziny.
Gdyby określić tematykę tego filmu jednym słowem, to byłaby to bliskość : w relacjach rodzinnych, w związku, w przyjaźni . Bliskość, która może być niełatwa, ale pozostaje w każdej relacji. Autorka filmu pokazuje współczesny świat płynnej nowoczesności i stawia w nim pytania o granice wolności i otwartości / w tym seksualnych/ , tolerancji, przyzwolenia. W nienachalny i niepublicystyczny sposób reżyserka pokazuje tematy trudne, jak eutanazja czy kwestie tożsamości płciowej, ale przede wszystkim jest to żywe, poruszające kino w fantastyczną ścieżką dźwiękową i świetnymi kreacjami aktorskimi.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 226442Post Hebius »

Nie dziwię się, że normalni ludzi czują się zagubieni i nie rozumieją nowoczesnej, progresywnej polszczyzny - dla mnie określenie niebinarny w tym kontekście też nic nie mówi.
Obrazek
Awatar użytkownika
Pedał_w_szlafroku
Posty: 362
Rejestracja: 17-11-2025 10:22:02
Lokalizacja: Foyer

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 227371Post Pedał_w_szlafroku »

Diabeł ubiera się u Prady 2

O tym, jak zmienił się medialny świat przez ostatnie 20 lat. Zasadniczo dość nudne, ale dla wielbicieli Marylki Stripowej i Anki Hatałej to rzecz obowiązkowa.
Awatar użytkownika
mike
Posty: 12130
Rejestracja: 26-05-2019 23:22:28
Lokalizacja: outer space

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 227405Post mike »

Wydawało się, że po 20 latach od pierwszej części nareszcie LGBT zostaną należycie reprezentowani i pokazywani, a tu figa z makiem schowano wszystkich do szafy. Wprawny widz zauważy aluzje w niektórych postaciach, ale to tyle. Boli przede wszystkim całkowite pominięcie życia prywatnego głównej męskiej roli Nigela (aktor Stanley Tucci), o którym wszyscy wiedzą, że jest gejem, a film nic nt. temat nie wspomina i nie pokazuje.

Z ciekawostek do filmu z nazwą marki PRADA przemycono promocję innych domów mody takich jak CHANEL oraz DIOR poprzez nie tylko ubrania postaci, ale też np. dialogi, czy też powstający flagowy butik Diora w Nowym Jorku, który na czas produkcji filmu zamieniono w plan zdjęciowy.

Ludzie rzucili się do kin. Po ogromnym sukcesie weekendu otwarcia pojawiły się spekulacje nt. trzeciej części.
Obrazek
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228002Post Hebius »

Obrazek

Dobry chłopiec (Good Boy, 2025)

Chora bajeczka, która zostawia za sobą więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Jedno z najbardziej intrygujących: jak Tommy się przebierał w nierozpinane ciuszki bez zdejmowania podpiętej do łańcucha obroży?
Ale Anson Boon jest niewątpliwie aktorsko utalentowany i bardzo miło się na niego patrzyło, a nocna scena z dzwoneczkiem była nawet zabawna*.

Seans był w ramach Kina Konesera i zgromadził na widowni całkiem sporą grupkę widzów, z pięćdziesiąt osób tak na oko (nowe fotele kinowe są wysokie i ciężko policzyć ludzi na sali). Po filmie było spotkanie Kętrzyńskiego Klubu Filmowego "Pod Gwiazdą", ale uznałem, że to już całkiem nie dla mnie i ewakuowałem się od razu po zapaleniu świateł na końcowych napisach.

_________
* Czy splunięcie w dłoń, z które wyciągam wniosek, że Tommy był obrzezany, to nadinterpretacja?

@Walpurg
I byłeś na tym ostatecznie? Bo wiem, że chciałeś.
Obrazek
Awatar użytkownika
Pedał_w_szlafroku
Posty: 362
Rejestracja: 17-11-2025 10:22:02
Lokalizacja: Foyer

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228008Post Pedał_w_szlafroku »

Byłem i to ja byłem tu najbardziej filmem podjarany. :mrgreen:
Czy splunięcie w dłoń, z które wyciągam wniosek, że Tommy był obrzezany, to nadinterpretacja?
Nie wiem, ja jestem obrzezany i nie pluję. Nie używam też żeli poślizgowych, no, może bardzo sporadycznie. Nie wiem, czy to jest więc konieczne. Może tylko jak się ma dużego? :lol:
zostawia za sobą więcej pytań, niż daje odpowiedzi
Właśnie o TO chodzi! O te pytania! Że zastanawiasz się, jakie są granice wolności, czy można jej kogoś pozbawić, żeby go uratować? Czy może jednak dziecko trzeba puścić na rowerek, żeby wróciło z kolanami ociekającymi krwią? A przy narkotykach? Czy kogoś dorosłego, kogo kochamy lub przynajmniej lubimy, można pozbawić wolności, żeby uchronić go od zła? Czy największym złem jest właśnie zabór wolności? Właśnie o te pytania o wolność i dobro bliskiej osoby tu chyba chodzi.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228023Post Hebius »

Widzę, że kupiłeś opowieść i pewnie reagujesz na współczesne kino jak widzowie, do których jest kierowane. U mnie to były trochę inne pytania, bardziej takie logiczne i fabularne.
chora bajka
- skoro Tommy tak ćpał na potęgę jak pokazano tej jednej nocy, to musiał uzależniony być - więc gdzie zespół odstawienie w pierwszych dniach w piwnicy?
- po co palić samochód i nieść kilometrami nieprzytomną laskę, skoro bez problemu można by było nim podjechać pod sam dom i zamknąć w garażu?
- bandziony widza chłopaka na łańcuchu i w ogóle nie reagują na ten widok, nie zadają żadnych pytań - w ramach solidarności miedzy przestępcami? a przecież to byłby doskonały motyw na szantaż
- co nie tak było z matką Tommy'ego - dom sprawiał wrażenie normalnego a ona co najwyzej mocno skupionej na sobie, ale żeby aż tak, że nie reaguje na zniknięcie syna, który z nią mieszkał?
Obrazek
Awatar użytkownika
Pedał_w_szlafroku
Posty: 362
Rejestracja: 17-11-2025 10:22:02
Lokalizacja: Foyer

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228106Post Pedał_w_szlafroku »

Każdy tekst ma jakiś sposób czytania. Kiedy czytasz mit o Prometeuszu, nie zadajesz pytań natury medycznej, jak to możliwe, że orzeł wyjadał mu wątrobę, bo przecież wątroba jest niezbędna do życia.

W każdej opowieści znajdziesz jakieś nielogiczności i nieścisłości. Zakładamy, że Prometeusz żył bez tej wątroby dobę, aż mu odrosła, i tyle. W tym micie nie ma miejsca na anatomię i fizjologię. Nie to jest w nim ważne.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228128Post Hebius »

Filmach realistycznych takie logiczne nieścisłości irytują. A nawet w filmach nie do końca realistycznych mogą, bo świat przedstawiony powinien być spójny i logiczny. Tak jak mnie w nocy zirytowały w odcinku Supernatural spodnie na dupie bohatera, dość obcisłe jeansy. Dean we wcześniejszej scenie uciekł ze szpitala, z goła dupą (niestety nie pokazaną) w szpitalnej koszuli jedynie wiązanej na plecach, z nogą zagipsowaną prawie aż po samą pachwinę. A póxniej widzimy go w gipsie i spodniach. Jak on się wcisnął w spodnie z gipsem na nodze? Przecież to niemożliwe. I nieważne, że w serialu głównym wątkiem sezonu jest walka z lewiatanami (takimi biblijnymi), które uciekły z czyśćca, a w odcinku trzeba uśmiercić kitsune, która się żywi ludzkimi przysadkami.
Obrazek
Awatar użytkownika
bolevitch
Posty: 6813
Rejestracja: 22-07-2018 14:45:00

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228154Post bolevitch »

widziałem Salę samobójców i Boże ciało i z tego, co pamiętam, tam też liczyła się bardziej symbolika scen niż logiczna spójność czy prawdopodobieństwo
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228155Post Hebius »

Widocznie to kino dla współczesnych, młodych odbiorców, gdzie liczą się przede wszystkim emocje.
Obrazek
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 228903Post Achim »

" Drugie życie "
Muza Almodovara Carmen Maura gra starszą kobietę, która po latach spokojnego życia w Tangerze musi zaczynać wszystko od nowa. Maria Angeles robi to absolutnie na własnych warunkach, bo spokojne i nudne życie w domu seniora jest absolutnie nie dla niej. Bohaterka jest absolutnie nieszablonowa, niezależna, otwarta. POdoba mi się w tym filmie pokazanie seksualności osób starszych, bo sceny erotyczne są bardzo zmysłowe . To także film o bardzo niełatwych relacjach rodzinnych, ale niosący nadzieję.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 229812Post Achim »

" Zaproszenie "
Błyskotliwy, inteligentny , miejscami śmieszny, a miejscami do refleksji. Oczywiście echa " Rzezi" czy " Dobrze się kłamie..." pobrzmiewają tu cały czas, ale kinowe spotkanie dwóch sąsiedzkich par to porządna obserwacja dynamiki relacji. Penelope Cruz bawi się swoim wizerunkiem latynoskiej seksbomby.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 229935Post Achim »

" Wypadek fortepianowy" czarna komedia i zjadliwa satyra na współczesnych patoinfluencerów, a także ich wyznawców . Nie do poznania Adele Exarchopoulos jako wyjątkowo odrażająca gwiazda Internetu to rzadkie monstrum : amoralna manipulatorka bez żadnych skrupułów moralnych. Ma rzesze wyznawców dzięki swoim filmikom w Internecie, na których poddaje się aktom autoagresji. Kino miejscami bardzo śmieszne, ale jak u Gogola mawiał Horodniczy " Z czego się śmiejecie ? Z samych siebie się śmiejecie ".
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 230833Post Achim »

„ O czym sobie nie mówimy”
Dla mnie kwintesencja popularnego kina włoskiego: klasa średnia, piękne kostiumy i wnętrza, akurat tutaj gościnnie Tanger i jej dylematy moralne. Punkt wyjście jest prosty : dwie zaprzyjaźnione od lat pary/ restaurator z żoną i córką i profesor filozofii z dziennikarką/ udają się na wspólne wakacje do Tangeru. Ale od siebie uciec nie sposób, więc ten urlop nie może być sielanką . Świetnie się to ogląda, bo historia jest zajmująca i pełna zwrotów akcji. Zagadka kryminalna i dylemat moralny pozostają otwarte……
Popularne kino na najwyższym poziomie.

Od teraz już filmy festiwalowe na " TAURON. Nowe Horyzonty"
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 230855Post Achim »

„ Motyl „
Nawet tak wybitna aktorka jak Renate Reinsve nie uratuje filmu, w którym po prostu brakuje scenariusza lub rozłazi się on na kilka opowieści. Punkt wyjścia jest interesujący : na Gran Canarii spotykają się dwie przyrodnie siostry, które spędziły tu dzieciństwo z matką animatorką i muszą podjąć decyzję, co zrobić ze spadkiem po niej. Bohaterki są tak różne, jak tylko można to sobie wyobrazić : norweska przedszkolanka w typie „ cicha myszka” i performerka z Hamburga i Renate Reinsve jako Lily wygląda w tej roli niczym postać z niezwykłego pokazu mody. Spotkanie i stopniowe pojednanie sióstr, Gran Canaria nie jako raj urlopowy, lecz jako siedlisko alternatywnych freaków ; w sumie ten film rozchodzi się na kilka narracji, a szkoda, bo ma momenty poruszające i naprawdę zabawny i ironiczny finał.
„ Flesh and Fuel „
Love- story, rozrywające się w środowisku kierowców TIR-ów to bezpretensjonalna, miejscami wzruszająca, miejscami komiczna opowieść o przyciąganiu się i odpychaniu dwóch samotności z dwóch jakże różnych światów. Francuz Etienne/ Alexis Manetti/ wykonuje tę pracę od lat, kontynuując tradycję rodzinną . Dla niego to normalne zajęcie, choć firmy z zachodu stają się za drogie dla wschodniej/ czytaj m.in. polskiej/ konkurencji. Dla Bartosza/ świetny Julian Świeżewski/ ta robota to konieczność i pewnie firma oszczędza na jego dietach i wynagrodzeniu.
Te dwie samotności połączy przypadkowy seks, ale potem panowie będą dalej szukali ze sobą kontaktu. Poza ciekawymi obserwacjami socjologicznymi, ten film można by uznać nawet miejscami za komedię romantyczną/ ze scenami seksu/ . To kino bardzo autentyczne, świeże, podczas researchu reżyser jeździł z kolegą TIR-em po Europie.
Na ekranie tego nie widać, ale reżyser Pierre Le Gall to jest dopiero przystojny………..
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 230886Post Hebius »

@Achim
Rozglądaj się za Dehnelem :)
Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026
23 VII


Fiord
reż. Cristian Mungiu

Po blisko dwudziestu latach Mungiu wrócił z Cannes z drugą Złotą Palmą. „Cztery miesiące, trzy tygodnie i dwa dni” o aborcji w komunistycznej Rumunii były fenomenalne – duszne, lodowate, bezwzględne. Język filmowy ściśle wspierał historię, był z nią połączony w sposób organiczny: stałe, zamrożone kadry, przez które bohaterki i bohaterowie przepływają jak woda, tak że widzimy tylko część ich historii.

„Fiord” jest filmowo znacznie bardziej mainstreamowy: ot, trochę ładnych zdjęć, ale zasadniczo jest to kino środka. Szkoda mi tamtego dawnego Mungiu – poprzednie filmy jak „Egzamin” czy „Prześwietlenie” nie miały tamtej wizualnej siły. Ale cóż, może takie dzieło robi się raz w życiu. Nie znaczy to, oczywiście, że „Fiordowi” czegoś brakuje.

Religijna Norweżka pojechała z pomocą humanitarną do Rumunii, poznała tam chłopaka z tradycyjnej rodziny i urodziła mu piątkę dzieci; teraz, po śmierci jego rodziców, przeprowadzają się wszyscy do niewielkiego miasteczka w jej rodzinnym kraju. Mungiu pokazuje zderzenie tradycyjnych, konserwatywnych wzorców z procedurami nowoczesnego, progresywnego państwa. I robi to tak, jak dawny Ostlund („Gra”, „Turysta”), to znaczy nie zajmując żadnej pozycji, ale raczej prezentując ich racje po obu stronach. I tradycjonaliści, i progresywiści chcą dobrze i postępują niekiedy źle; ich pobudki są szlachetne, ale działania w najlepszym razie dyskusyjne, w najgorszym – przestępcze. Co więcej: bez względu na to, jak byśmy przyduszali te tendencje w społeczeństwie, zawsze jakoś odbiją, bo i jedne, i drugie należą do naszego fabrycznego oprogramowania. I to jest we „Fjordzie” najlepsze.
Ale czy na Złotą Palmę? Chyba niekoniecznie.

24 VII

Wpatrując się w słońce
reż. Mascha Schilinski

W serii oderwanych od siebie, nieuporządkowanych scen Schilinski portretuje cztery pokolenia, mieszkające w dużym gospodarstwie w Altmarku – okres przed I wojną światową, międzywojnie, lata 80. i współczesność. Ten sam dom, ta sama zagroda i różne bohaterki. Od hohenzollernowskiego tradycyjnego zamordyzmu, przez – hm, no właśnie, jakoś nazizmu tam w ogóle nie ma, jest tylko zakończenie wojny – potem odpowiednik naszego wiejskiego PRLu i szeroko pojęte dziś (bo chyba raczej jakoś tak około 2000 roku).

Materią tego filmu jest po pierwsze żółte światło (zarówno intensywne, letnie słońce, jak i lampy, od naftowych po elektryczne), po drugie dziedziczona trauma kobiet, bo jest to opowieść o kobietach właśnie. Nie tylko o przemocy, uprzedmiotowieniu, upokorzeniu, ale też o zachwycie światem i jego tajemnicą; kolejne bohaterki są młode lub wręcz małe i obserwują rzeczywistość z perspektywy dziecka lub nastolatki. Mają zatem w sobie nie tylko zdolność dziwienia się i zachwytu, ale też kwestionowania tego, co zastają i widzą.

Jednak społeczne czy feministyczne ujęcie tego filmu niczego nie wyjaśni i nie da pojęcia o jego urodzie: jest on pełen niezwykłych twarzowców, pięknie i strasznie portretowanego pożądania, oraz głębokiego odczuwania tajemnicy; ma się bowiem wrażenie, że bohaterki napotykają się nawzajem nie tylko patrząc wstecz, na (raczej skrywane) rodzinne wspomnienia, ale i patrząc przed siebie, szóstym zmysłem.
To dopiero drugi pełnometrażowy film Schilinski i wiele sobie po niej obiecuję.

Za zwycięstwo!
reż. Walentyn Wasjanowycz

„Atlantyda” była fenomenalna, „Odbicie” też (nawet jeśli z niego wyszedłem, nie mogąc wytrzymać scen tortur), ale tym razem Wasjanowycz opowiada historię znacznie mniej traumatyczną: już nie tortury w rosyjskim obozie dla jeńców, już nie ekshumowanie ofiar wojny, tylko próba scalenia rodzin w rok po zakończeniu konfliktu (kiedy? nie podano; „Atlantyda” z 2019, czyli jeszcze sprzed pełnoskalowej agresji, toczyła się już po zakończeniu wojny, w roku 2025).

Wasjanowycz gra głównego bohatera, reżysera, którego żona i córka wyjechały jako uchodźczynie do Austrii, a on został z dorosłym synem w Ukrainie i próbuje stworzyć kolejne dzieło; jest to oczywiście film, który oglądamy, a sceny filmu płynnie przechodzą w sceny jego kręcenia.

Ponoć „the revolution will not be televised”, a tymczasem dziś rewolucje i wojny oglądamy w czasie rzeczywistym, filmowane zarówno przez profesjonalistów, jak i przez miliony zwyklaków ze smartfonem w ręku. Może stąd taka potrzeba, żeby być jeszcze szybszym: kiedy toczy się wojna, robić film o tym, co będzie po wojnie?

Jednak ta półkomedia obyczajowa jest taka sobie; i niespecjalnie śmieszy, i niespecjalnie wzrusza, ot, toczy się. Jest tu kilka niezłych scen, kilka niezłych dialogów, jedna scena bardzo kiepska (ta z reżyserem proponującym scenę gejowskiego seksu w kraju bez kobiet).
Problem rozbitych rodzin i katastrofy demograficznej jest realny, ale filmu to nie czyni lepszym. Spodziewałem się czegoś kilka oczek wyżej.

Błękitny brzeg
reż. Andreea Cristina Borțun

Debiut będący owocem sześciu lat wypraw dokumentujących życie społeczności w wiosce na południu Rumunii; 60% obsady to naturszczycy z okolic, którzy grają w filmie ludzi takich, jak oni: żyjących w zapomnianym zakątku kraju, na głębokiej prowincji, gdzie wszystko kręci się wokół kilku zakładów, emigracji zarobkowej i układzików.

Lavinia to kobieta po przejściach: po jednym byłym ma czternastoletniego syna, Daniego, po drugim, Cyganie, zepsutą opinię. Jest zaharowana, niepozbawiona poczucia humoru i pyskata. Marzy, żeby wyszykować stary dom po babci i mieszkać tam z Danim „jak ludzie”. Wszystko to zostało ładnie – acz niezbyt nowatorsko, że jak wieś, to przyroda – rozpisane na cztery pory roku i zmieniający się krajobraz.

Niestety, zachwyt autorki filmu nad rozlewiskiem rzeki i lokalnymi twarzowcami mi się nie udzielił. Jest tu i praca za granicą, i rasizm wobec Romów, i pokazywanie kobietom, gdzie ich miejsce – ale wszystko to właściwie pokazał znacznie lepiej i ciekawiej Mungiu w „Prześwietleniu”. Na plus należy zaliczyć rolę głównej bohaterki (Mihaela Subțirică, aktorka teatralna z dużym dorobkiem, to jej debiut filmowy) o twarzy surowej jak kowadło.

Nie płaczcie, ślicznotki
reż. Márta Mészáros

Próba sportretowania fenomenu zespołów bigbitowych na Węgrzech w latach 60.: władza, orientując się, że ma do czynienia z bardzo młodym społeczeństwem, które w dodatku słucha muzyki ze zgniłego Zachodu, postanowiła poluzować wentyl bezpieczeństwa i pozwolić na bigbit rodzimy: zespoły, koncerty, festiwale. Mészáros swój na poły dokumentalny film oparła na nader wątłej fabułce: fabryczny podrywacz, robotnik Istvan, ma już narzeczoną i obrączki, ale co i rusz podbija do innych dziewczyn; tymczasem narzeczona bierze w swoje ręce i jedzie w trasę z zespołem pod opiekuńczymi skrzydłami zabójczo przystojnego konferansjera.

Nie piszę nawet, że to spojlery, bo tam nic się nie dzieje, fabularnie to leży płaskie jak placek węgierski. Przyjemnie się patrzy na świat sprzed kilkudziesięciu lat i jego młodych ludzi (w dekoracjach komunistycznych Węgier, rozpiętych gdzieś między austro-węgierską przeszłością, obecną przaśnością a marzeniach o światowości), ale nie jest to ciekawe jako propozycja spędzenia półtorej godziny życia. Zwłaszcza, że film oparty jest na muzyce, która znacznie ustępuje ówczesnej muzyce polskiej, muszę powiedzieć.

Chytilova nakręciła subwersywne, dzikie, szalone „Stokrotki” w 1966, Mészáros swój film cztery lata później i niech to będzie najkrótsze podsumowanie.

Pasja według GHB
Reż. Gustavo Vinagre, Vinicius Couto

Drogie dzieci, narkotyki sprawiają przyjemność ale są szkodliwe, a na orgiach nie zbudujecie trwałych i satysfakcjonujących relacji miłosnych. Jeśli tego nie wiecie – możecie zobaczyć. Jeśli wiecie – to nie musicie.

Matias, Brazylijczyk mieszkający w Lizbonie, wraca na krótko do Sao Paulo i ściąga sobie z Grindra kolejnych chłopaków na orgię. Biorą razem różne dragi, czytają „Pasję według G. H.” Clarice Lispector i się ruchają.

Publiczność wychodziła, oburzona sceną prawdziwego obciągania prawdziwych kutasów, ja miałem ochotę wyjść z nudów. Czy chemseks – i w ogóle gejowski seks (jako szczególnie męski, męsko-męski, więc ciekawie łączący płeć dominującą w patriarchacie z odrzuceniem patriarchatu – jest tematem dla kina? Jest. Czy można to zrobić ciekawiej, głębiej, lepiej? Oh, boy.

(...) "Wpatrując się w słońce", najlepszy film dnia)
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 230899Post Achim »

Festiwal, 25. lipca:
„ Tchórz“
Ja ten film w swoim wykazie kompletnie pominąłem, znalazł go Mój Partner. Na początku wydawało się, że chodzi o kolejny wariant „ Na zachodzie bez zmian”, gdzie młodzi, belgijscy tym razem, chłopcy z pieśnią “Zapakuj zmartwienia do starego plecaka i uśmiechnij się" trafiają w okopy I Wojny Światowej. Na początku jest entuzjazm, pieśń na ustach, potem krew, błoto i trupy. I wtedy rozpoczyna się drugi wątek, ten queerowy, bo film okazuje się być także liryczną historią miłosną między dwoma młodziutkimi żołnierzami, którzy są tak różni, że bardziej już nie mogą : chłopski syn nieśmiały i małomówny Pierre (Emmanuel Macchia) zakochuje się w ekstrawertycznym i przegiętym Francisie(Valentin Campagne). Ten ostatni szefuje grupie teatralnej „ Banda wyrzutków”, która występami zagrzewa morale żołnierzy do walki. Słowo tchórz ma tu wiele znaczeń : ucieczka z pola walki, dezercja, ale też lęk przed tradycyjnymi rolami społecznymi, w tym wypadku odważnego żołnierza. Sceny erotyczne zachwycają liryzmem i delikatnością, chemia między bohaterami aż iskrzy i panowie słusznie otrzymali nagrody aktorskie w Cannes. Ten film, choć rozgrywa się przed ponad stu laty, jest niezwykle aktualny : Francis boi się końca wojny, powrotu do normalności i powinności społecznych.
„ Allegro Pastell”
Dawno temu mój ukochany i nieodżałowany duet „ Rosenstolz” śpiewał „ Irgendwo in Berlin, gehör ich hin „ i ten film jest bardzo berliński i z dużą dozą „ Berliner Style” . Reżyserka Anna Roller zekranizowała popularną powieść Leifa Randta pod tym samym tytułem. Jest to portret trzydziestoparolatków przed pandemią i ich skomplikowanych relacji uczuciowych. Oczywiście bohaterowie są uprzywilejowani społecznie, mają kreatywne prace : pisarka i web designer . Ich życie nie mija na troskach materialnych: zawsze mają czas na ruchanie i inne przyjemne sprawy. Formalnie Tanja i Jerome żyją w związku na odległość między Berlinem a Hesją. Oboje dają sobie wolność, testują granice i nieustannie to sobie komunikują pisemnie. Tematem filmu są więc relacje : te monogamiczne, otwarte, na odległość, siostrzane, rodzicielskie czy w długoletnich związkach. „Allegro Pastell” zgodnie z tytułem ma w sobie lekkość, świeżość, humor i świetną ścieżkę dźwiękową. To idealne kino na randkę i do dyskusji potem. Dla mnie film ma dodatkowy smaczek: w roli matki bohaterki moja ukochana aktorka Martina Gedeck.
„ Dni, których nie znamy”
Pochodząca z Poznania austriacka reżyserka Jola Wieczorek zrobiła przejmujący i bardzo osobisty film o swojej rodzinie: rodzicach, decydujących się na emigrację do Austrii pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Autorka staje się strażniczką pamięci rodzinnej po zdiagnozowaniu demencji u mamy i dedykuje swój film synkowi Elio. To nie jest lukrowa wizja emigracji, lecz dom dla uchodźców, ciężka praca, wykorzystywanie ekonomiczne. Reżyserka wplata materiały rodzinne : filmy amatorskie, listy i wraz w rodzicami i bratem odbywa sentymentalną podróż/ częściową inscenizowaną maluchem/ do Poznania. Z każdego kadru czuć szczerość i autentyczność, a przy tym ta historia może odnosić się do wielu rodzin emigrantów, którzy mogą w filmie Wieczorek odnaleźć własne niełatwe doświadczenia.
__________________________________________________________________________
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1625
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 230964Post Achim »

Festiwal 26. lipca
„ W czerwcu mnie nie będzie „
Wyrastający z osobistych doświadczeń debiut Kathariny Rivilis opowiada o roku na wymianie uczniowskiej nastolatki Franny z Brandenburga (debiutująca Naomi Cosma) w Nowym Meksyku. W literaturze niemieckiej jest na to specjalne określenie „ Bildungsroman” czyli opowieść o dorastaniu. Tutaj zbiega się ono z tragicznymi wydarzeniami 11. września 2001. Franny dojrzewa uczuciowo, politycznie, ale też jest to piękna nostalgiczna historia o młodości: takiej głupawce, nicnierobieniu, piciu piwa, pierwszych porywach serca. Oczywiście jest to także, dość krytyczny, portret Ameryki tamtych czasów, stanu świadomości Amerykanów. Film zachwyca kreacjami nastoletnich bohaterów naturszczyków i fantastyczną ścieżką muzyczną. Wzruszające kino z politycznym podtekstem.
„ Gorzkie święta „
Stary, dobry Almodovar w swoich klimatach : piękne wnętrza, świetne ciuchy, tygiel uczuć, kryzys twórczy, a wszystko to w autoironicznej opowieści o filmowcu Raulu/ Leonardo Sparaglia/ , który wykorzystuje w swoim scenariuszu perypetie współpracowniczki. „ Gorzkie święta” to opowieść szkatułkowa : oglądamy scenariusz Raula, jego życia, konflikt z byłą asystentką. Wszędzie tu wysoki diapazon emocji, tragedie, miłość, ale także duża doza humoru i dystansu do własnej twórczości. Nie tylko dla starych fanów Mistrza, jak ja.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 20039
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231001Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 II.

25 VII


Tchórz
reż. Lucas Dhont

Po wspaniałym i wstrząsającym „Blisko” Dhont wraca z równie wybitnym „Tchórzem”. Okopy I wojny światowej na froncie belgijskim; Pierre jest wrażliwym chłopcem ze wsi, który nie odnajduje się w wojennej rzeczywistości i męskim „braterstwie broni”, ale robi, co może, żeby przetrwać: targa pociski, nosi rannych i trupy, wychodzi na nocne misje z okopów. W wolnym czasie zgadza się pomóc młodemu przegiętemu krawcowi, Francoisowi, w tworzeniu frontowego teatrzyku.

I właściwie tyle, to jest całe streszczenie, bo cały ten film opiera się na wspaniale realizowanych scenach, jednej za drugą; jest tam i chłopacka rubaszność, i czułość, i toksyczna męskość, i trzewia maszyny wojny, która, żeby działać, musi ludzi wykrzywiać i wyrównywać, bez względu na psychiczne koszty. Emmanuel Macchia i Valentin Campagne dostali w Cannes wspólnie nagrodę dla najlepszego aktora – i to wcale nie dziwi, zwłaszcza w filmie, który jest oparty na zbliżeniach twarzy: co tu się dzieje aktorsko! To jest po prostu poemat, wybitne dzieło antywojenne.

Szczególnie ujmuje mnie tu głęboka, a nie powierzchowna, queerowość. Przestrzeń nieoczekiwanej wolności, jaką jest frontowy teatrzyk z jego topornym przekazem („Chcą patriotyzmu, to damy im patriotyzm!”), jest równie toporna: śnieg z wiórów, krzykliwy makijaż, grube dowcipasy. Ale kiedy Campagne chwiejnym głosikiem zaczął śpiewać „Plaisir d’Amour”, to zacząłem płakać najprawdziwszymi łzami.

Wszystko to wynika z jednej strony ze znakomitego riserczu: nie interesuje mnie kolekcjonowanie zdjęć militarnych, ale zbieram fotografie żołnierzy I wojny w lazaretach i przy codziennych czynnościach, i to jest po prostu fantastycznie oddane. Twarze, fryzury, rekwizyty. A z drugiej strony: następstwo i mistrzostwo scen, jak przebitka między malowaniem się przed występem w lazarecie i siostrami piorącymi zakrwawione płótna. Cały ten teatrzyk jest cienką warstwą na krwawej grozie wojny i Dhont nigdy o tym nie pozwala nam zapomnieć.

Plus, co rzadkie, wspaniałe sceny miłosne – napięcie przy zdejmowaniu miary na garnitur, myślę, przejdzie do historii kina queerowego. A może w ogóle kina.

Allegro Pastell
reż. Anna Roller

Ekranizacja powieści Leifa Randta pod tym samym tytułem jest historią związku pisarki Tanji i web designera Jerome’a. Okazuje się, że bycie heteroseksualną parą zamożnych i zdrowych trzydziestoparolatków w jednym z najbogatszych krajów świata jest strasznie trudne.
Film ma parę udanych scen, jest, owszem, profesjonalnie zrobiony, ale też profesjonalnie nudny. Kwadrans po wyjściu z kina miałem nawet trudność z przypomnieniem sobie imion bohaterów, ich życie nie interesowało mnie już w ogóle; zresztą w kinie też mnie niezbyt interesowało. Ot, cały czas piszą maile i esemesy (technologia! It’s so 2010!) i mówią cały czas anglicyzmami (co zresztą w przekładzie filmu zignorowano).

„Allegro Pastell” jest jak ten serial, fundowany Wam czasem przez przyjaciela lub przyjaciółkę, którzy opowiadają Wam o swoim związku, spotkanie ze spotkaniem, nie pomijając żadnego overthinkowanego szczegółu. Bo ja jej powiedziałem, a ona mi odpowiedziała, a wtedy ja jej powiedziałem, a ona odpowiedziała. I słuchacie tego, bo oni też kiedyś wysłuchają Waszych zwierzeń i overthinkowań. Ale od filmu Roller nie możecie tego oczekiwać. Więc raczej nie warto.

Żółte listy
reż. İlker Çatak

Złoty Niedźwiedź w Berlinie, kino bardzo w stylu tureckiego i irańskiego kina moralnego niepokoju, a zrealizowane przez niemieckiego reżysera tureckiego pochodzenia (który zresztą wczesną młodość przeżył potem w Stambule).

Główni bohaterowie należą do elit Ankary (a właściwie, jak mówi napis, „Berlina w roli Ankary”, która jest tu faktycznie czasem ostentacyjnie berlińska, co wydaje mi się ciekawym zabiegiem) – Aziz jest wykładowcą dramatopisarstwa na uniwersytecie, a jego żona Derya jest główną aktorką Teatru Narodowego; wszystko się zmieni, kiedy za krytykę wojny i prezydenta trafią na tytułowe „Żółte listy” (bo właściwszy tytuł brzmiałby: „Wilcze bilety”, bo o to chodzi w tym tureckim idiomie). Zwolnieni za bezkompromisową postawę z uniwersytetu i teatru, wyjeżdżają do Stambułu (a raczej „Hamburga w roli Stambułu”), gdzie mogą się cieszyć nieco większą twórczą swobodą, zamieszkują z nastoletnią córką u matki Aziza.

Çatak pokazuje w przekonujący sposób jak presja ze strony autorytarnego reżimu niszczy ludzi: nie tylko w sensie twórczym, ale też społecznym; jakie żniwo zbiera deklasacja, jakie trudności czekają związek czy rodzinę takich osób. Jest w tym subtelny i konsekwentny. Dochodzą wszystkie inne rzeczy, które znamy też z naszego podwórka: relacje z krewnymi wspierającymi reżim, drobne kompromisy dnia codziennego, jak pójście do meczetu z konserwatywnym szwagrem, czy autocenzura. Solidne kino społeczno-polityczne, dobrze odegrane (zwłaszcza przez grającą Deryę świetną Özgü Namal); kto wie, czy niedługo nie będziemy znowu oglądać w Polsce takich filmów jako aktualnych i dla nas.

Śmierć nie ma pana
reż. Jorge Thielen Armand

Reżyser ma dopiero 36 lat, a tymczasem film zrealizował bardzo w konwencji lat 70., więc trochę nie dziwi obsadzenie w głównej roli Asii Argento (dużo tam nawiązań, nie tylko w kadrach czy dźwiękach, ale też w końcowej sekwencji napisów, do kina doby jej ojca).
Carolina, Włoszka, która jako dziewczynka została zabrana przez matkę z Wenezueli do rodzinnego kraju, wraca po śmierci ojca, żeby sprzedać otrzymany w spadku dom z plantacją drzew kakaowych. Tymczasem sprawy się komplikują, rozpadająca się hacjenda ma swoich lokatorów, a w małym miasteczku wszyscy się znają i nieprzychylnie patrzą na białą, która sobie wyobraża, że wróciła do tego samego kraju, z którego wyjechała.

Dyskurs post-kolonialny, owszem, nawiązania do lat 70., owszem, lepiący się upał (w końcu sekcja „Tropikalny Gotyk”), owszem. I pewnie gdyby był to film sprzed pięćdziesięciu lat, oglądałoby się to jako coś (wówczas) świeżego. Teraz mam wrażenie raczej ekshumacji: ten sposób opowiadania, filmowania, ma już swoje miejsce w historii – jeśli ma wracać, to żeby powiedzieć coś nowego. Ale nie mam wrażenia, żeby coś nowego tu się mówiło. Znacznie lepszy film o spadku w postaci plantacji to „Słodki sen” (reż. Ena Sendijarević), pokazywany tu dwa lata temu.

Czarna kula
reż. Javier Calvo, Javier Ambrossi

Właściwie wszystko w tym filmie powinno mnie zachwycać. Queerowe kino hiszpańskie, historyczne (wysokobudżetowo!), osnute wokół wierszy i kochanków uwielbianego przeze mnie Lorki. A coś nie zatrybiło.

Podstawą filmu jest sztuka Alberta Conejero (współautora scenariusza), a „Dwaj Javi” (bo tak nazywany jest w Hiszpanii ten duet artystyczny i, do niedawna, również życiowy) stawiają sobie cel w typie nieco Hollinghurstowskim (myślę o „Stranger’s Child”): stworzenie panoramy stu lat gejowskości w Hiszpanii, od młodości Lorki (opisanej w jego nieukończonej lub zaginionej sztuce „Czarna kula”) po rok 2017, kiedy młody dramatopisarz i historyk otrzymuje wiadomość, że kompletnie nieznany mu dziadek zostawił mu jakiś legat w testamencie.

I jest to podróż szalona, niejednorodna, z kawałkami onirycznymi, wizyjnymi – w jakiś sposób przypominającymi mi polską „Ucieczkę z kina wolność”, tyle, że tam muzycznym podglebiem jest nie „Requiem” Mozarta, a tak ukochana przez Lorkę „głęboka pieśń” (cante jondo) i flamenco. Są sceny, które mógłby wymyślić Buñuel (np. ucieczka Sebastiana przez zrujnowany kościół, gdzie wspina się po strzałach wbitych w ciało posągu świętego Sebastiana), są sceny tańca, które przypominają „Fridę”, są piękni – na różny sposób – aktorzy. Ale mam wrażenie, że wszystko to jest skalane jakimś złym gustem, który czasem się chowa, a czasem wychodzi na front, jakimś dociskaniem pedału sentymentalności, kawanaławizmu i efekciarstwa tam, gdzie tego wcale być nie musiało.

I piszę o tym z dużym smutkiem, bo jest tam wiele niekłamanego piękna i, mam wrażenie, niewiele brakowało, żeby było to estetycznie czystsze, lepsze. I znacznie bliższe Lorce. Czy warto pójść do kina? I tak warto. Ale żal.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
ODPOWIEDZ